Najlepszy zły moment

Dotkliwa porażka w Warszawie nie pozostawiła żadnego pola manewru klubowym działaczom i z dniem dzisiejszym Dariusz Żuraw nie jest już trenerem pierwszego zespołu. Wraz z nim z klubem pożegnał się również jego sztab. Chciałoby się powiedzieć “uff!”, ale czy oby na pewno?

“Nie jest łatwo być ostatnio kibicem Zagłębia Lubin”, powiedział w pierwszych swoich słowach wczorajszego pokoju dyskusyjnego jeden z twitterowych lubińskich specjalistów, GhettoZL. I idealnie podsumowuje to, co od dłuższego czasu każdy z nas w mniej lub bardziej bezpośredni sposób myślał, lub pisał. Oglądanie meczów Zagłębia stało się wręcz torturą, a z każdym kolejnym fatalnym meczem człowiek musiał się mierzyć z coraz większymi drwinami ze strony kibiców innych klubów. Nie zmieniła tego obrazu nawet — dość szczęśliwa — wygrana z krakowską Wisłą.

Coś się jednak zmieniło wczoraj, jakaś niewidzialna bariera pękła, bo pierwszy raz kibice innych drużyn najzwyczajniej w świecie pisali słowa wsparcia. Oto jak nisko już upadliśmy.

Ryzyko, które się nie opłaciło

W trakcie sezonu nie ma dobrego czasu na zwolnienie trenera. Mówi się, że najlepszym (ze złych) rozwiązaniem jest wykorzystanie do tego celu dwutygodniowej przerwy na reprezentację, ale tak po prawdzie, to trochę jak wybierać widok za oknem sali zabiegowej, gdy czeka Was amputacja nogi. Niby ładniej, ale jednak bez znaczenia.

Ponieważ jednak szala bezpowrotnie się już przechyliła jakiś czas temu i los Dariusza Żurawia był przesądzony, trzeba było działać dużo wcześniej. Nawet tydzień czy dwa mogło w naszej sytuacji diametralnie zmienić obraz ostatnich dni i dać choć cień nadziei, że jednak w tym chaosie coś pozytywnego uda się jednak zrobić.

Zaryzykowano, Żuraw dostał kolejny mecz i dziś stoimy w miejscu, w którym jeden z najważniejszych meczów sezonu, który w dodatku czeka nas już za 3 dni, zagramy kompletnie rozbici. Nie zrozumcie mnie źle. Nikt nie powiedział, że gdyby Zagłębie w meczu z Legią poprowadził Paweł Karmelita, wynik byłby inny. Twierdzę jednak, że zaangażowanie, determinacja i wola walki byłyby prawdopodobnie na zupełnie innym poziomie i nawet ewentualna  porażka niekoniecznie zrobiłaby takie spustoszenie.

Teraz pozostaje nam liczyć na cud. Cud, że w tym najgorszym możliwym terminie na zmianę, uda się zrobić coś z niczego, bo nie ma już czasu na nową koncepcję, czy nowy schemat. Pozostaje nam liczyć, że trener Karmelita zdoła wykrzesać z piłkarzy resztki przyzwoitości i ognia walki.

Presja czasu

Obraz wcale nie będzie lepszy, jeśli weźmiemy pod uwagę kalendarz rozgrywek. W niedzielę, w 19 kolejce spotkań, gramy o życie z Górnikiem Łęczna. Wyniki tego meczu będzie determinował masę rzeczy, włącznie z tym, jaką koncepcję wybrać na przyszłość, nie tylko na zimę. Od meczu bowiem, do rozpoczęcia przygotowań zostanie trochę ponad 3 tygodnie, a to piekielnie mało czasu.

Rozmowy z kandydatami na trenerów trochę potrwają, bo sytuacja stała się dość poważna i nawet ci, którzy zainteresowani byli kilka bądź kilkanaście dni temu, teraz mogą zmienić swoją optykę. Nikt przecież o zdrowych zmysłach nie chce się wikłać w walkę o spadek, mając na przygotowania niewiele czasu.

Inną kwestią jest strategia. Opracowując jej zarys kilka tygodni temu, Piotr Burlikowski nie musiał przecież zakładać, że będzie aż tak fatalnie. A jednak rzeczywistość jest taka, że teraz, ad hoc, trzeba będzie ją pewnie modyfikować i w dodatku zostawić tam pewien margines, by nowy szkoleniowiec miał też pewne pole manewru, gdy będzie rozmawiał z „naddyrektorem” o profilach potrzebnych nam wzmocnień.

Czy w tej sytuacji sami sobie ograniczyliśmy pole manewru? Mam nadzieję, że nie, choć logika podpowiada, że dziś trudniej byłoby przekonać nowego trenera do wejścia w ten projekt niż 2-3 tygodnie temu, więc trzeba będzie pewnie sięgnąć głębiej do kieszeni, a to może być piekielnie trudne.

Ciężko być kibicem Zagłębia

Pozostaje więc wierzyć, że jest na świecie jakaś siła, może być to nawet mityczna logika ekstraklasy, która pozwoli nam w niedzielę wygrać. Ba, dziś w ciemno wziąłbym nawet remis, bo dzięki temu choć jeden z bezpośrednich rywali nie zbliży się niebezpiecznie do nas punktowo.

Wierzyć i czekać. Kolejne dni, plotki, “kumate infoski” i wypytywanie wszelakich dziennikarzy o jakąkolwiek zakulisową wiedzę, znów zacznie być naszym chlebem powszednim, bo o jakieś szersze wywiady czy wypowiedzi ze strony klubowych działaczy może być ciężko. Sam próbowałem do tego doprowadzić, ale grzecznie mi odmówiono i sugerowano, że trzeba czekać na lepszy czas.

Czekamy więc. Na niedziele. Na mecz. Na łut szczęścia. Na jakikolwiek pozytyw, który pozwoli nam przetrwać kolejną piekielną zimę.

Ot, taki już ciężki los kibica Zagłębia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.