Adam Zejer

Adam Zejer ur. 3 listopada 1963 roku w Olsztynie. Wychowanek Stomilu Olsztyn, który wiosną 1986 roku trafił do Zagłębia Lubin. W latach 1986-1991 rozegrał 111 spotkań i strzelił 10 bramek dla Zagłębia. Mistrz Polski z 1991 roku. Odszedł do tureckiego Besiktas JK, gdzie w 1992 roku został mistrzem Turcji. Sezon 1992/1993 spędził w Gaziantepspor, z którego przeniósł się do niemieckiego VfL Herzlake. Ponadto reprezentował następujące kluby: Warmia Olsztyn, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Polonia Lidzbark Warmiński, Wigry Suwałki i GLKS Jonkowo. 5-krotny Reprezentant Polski. Asystent trenera w pierwszoligowym Stomilu Olsztyn. Obecnie jest trenerem koordynatorem i trenerem młodzieży w olsztyńskim klubie.

Adam Zejer

Jak rozpoczął Pan swoją przygodę z piłką?

Urodziłem się w Olsztynie. Zaczynałem swoją przygodę z piłką w najlepszym klubie w tamtych czasach, czyli Stomilu Olsztyn. Na pierwszy trening poszedłem jak miałem 12 lat. Na treningach była nas około 100 dzieciaków. Z tej grupy trener Józef Blank zostawił tylko mnie. Nie przebierał w słowach i powiedział „Ortopedzi do domu, a Ty malutki chodź ze mną”. Tak zacząłem trenować w Stomilu. 

A jak potoczyło się przejście od trampkarza do seniora w Stomilu?

Poszło dosyć szybko. W trampkarzach młodszych byłem na trzech treningach i awansowałem do trampkarza starszego. Tam trenowałem pół roku i znowu przeniesiono mnie wyżej, do juniora młodszego. W wieku 16 lat zadebiutowałem w drugiej drużynie. Trenerem drugiej drużyny Stomilu był Józef Łobocki, który mnie zawołał podczas jednego z treningów. Zmierzył mnie, chociaż sam do najwyższych osób nie należał i powiedział do mnie: „Ty mały, jesteś jutro u mnie”.

Pamiętam ten mecz jak dzisiaj. Zagrałem na lewej pomocy z Polonią Lidzbark Warmiński. Wygraliśmy 1:0 i na stałe zostałem w tym zespole. W pierwszej drużynie Stomilu zacząłem grać w wieku 18 lat w III lidze.

Jak przyjęła Pana seniorska drużyna Stomilu?

Byłem ogólnie lubiany i nikt mnie nie wprowadzał do drużyny. Byłem mały, filigranowy z dobrą lewą nogą. Wchodziłem do szatni w czasach, gdzie byli brodacze, wąsacze, długie włosy, a ja wyglądałem jak dzieciak, więc samo to, że wszedłem do takiej szatni, już było niezłym wyczynem. Śp. Zbysiu Kubelski, którego uwielbiałem, zawołał mnie i powiedział „dawaj młody, siadaj koło mnie”. Imponowała mi jego technika i sposób poruszania się po boisku. W ten sposób wejście do szatni miałem bezbolesne.

Wtedy w III lidze był taki wymóg, że musi grać 2 młodzieżowców i junior przez 45 minut. Pamiętam, jak siedziałem na ławce i oswajałem się z całą tą otoczką. Po meczu otrzymałem swoje pierwsze 40 zł, pomimo że nie zagrałem. To była też dobra motywacja dla mnie i sygnał, że liczą na mnie. Dało mi to też do myślenia, że z piłki można żyć.

A ma Pan jakiś szczególny mecz z czasów Stomilu, który zapadł w pamięci?

Był taki mecz z Wigrami Suwałki. W tym spotkaniu zdobyłem trzy bramki i to właśnie ten mecz zapadł mi najbardziej w pamięć. A dlaczego? Dlatego, że trenerem Wigier był Grzegorz Szerszenowicz, z którym po paru latach spotkałem się w Zagłębiu Lubin.

Zdobyłem trzy bramki. Ta pierwsza była najpiękniejsza, piłka ledwo się zmieściła w spojeniu słupka z poprzeczką. Drugą uderzyłem z prawej nogi, co wywołało duże zdziwienie wśród kolegów na boisku. Trzecią z rzutu karnego, a czwarta padła po moim prostopadłym podaniu do napastnika.

A skąd pojawił się pomysł Zawiszy Bydgoszcz?

Miałem 18 lat i wiedziałem, że za moment trzeba będzie odsłużyć wojsko. Dostałem bilet i przydział do Zawiszy Bydgoszcz, który również grał w III lidze.

W Zawiszy trafiłem na trenera Stanisława Mątewskiego, który we mnie wierzył, lecz później nastąpiła zmiana i zespół objął trener Wiesław Gałkowski. Po 45 minutach mojej nieudanej gry na pozycji nr 9 zostałem w szatni, przesunięto mnie do drugiej drużyny.

W poniedziałek po meczu objąłem służbę dyżurnego. Dostałem pstryczka w nos, ale zrozumiałem jedną rzecz, że trzeba umieć się pokazać z dobrej strony od razu, bo drugiej szansy może nie być. Spędziłem tam dwa lata, ale nie uważam tego okresu za dobry czas.

Powrót do Olsztyna i marzenia o grze w pierwszej lidze. Jak trafił Pan do Zagłębia Lubin?

Grałem nadal w III ligowym Stomilu i marzyłem o grze w pierwszej lidze. Któregoś dnia przyszedł do mnie Alojzy Jarguz i powiedział „Pakuj się, jedziemy do Lubina”.

Na inaugurację ligi oglądałem w telewizji mecz Zagłębia z GKS-em Katowice, gdzie bramkę zdobył Gienek Ptak. Nowy stadion, sporo kibiców, ciekawa drużyna. Mija kilka miesięcy i na przełomie września/października Alojzy Jarguz namawia mnie na grę w Lubinie. Powiem szczerze, broniłem się przed tym, bo w Stomilu chcieliśmy robić awans do II ligi. Jarguz szybko jednak wybił mi to z głowy. W pewien poniedziałek o 13 siedziałem w samochodzie i jechałem z nim do Lubina.

Pana pierwsze wrażenie po zobaczeniu miasta, stadionu, klubu?

To był 1985 rok. Lubin w porównaniu do Olsztyna to było małe miasteczko, które dopiero się rozbudowywało i rozwijało.

Co do rozmów, to jeśli chodzi o kwestie finansowe, w moment się porozumieliśmy. Dłużej zajęły nam rozmowy co do długości kontraktu. Pamiętam, że prezes Parchimowicz mówił do mnie, że podpisujemy kontrakt na 5 lat i będę mieszkał w pięknym mieście. Pomyślałem sobie, co on mówi, maksymalnie 3 lata. Jak to się dalej potoczyło, wszyscy wiemy, a ja nie żałuje żadnego dnia spędzonego w Lubinie.

Pamiętam pierwszy trening w Zagłębiu. Trener Grzegorz Szerszenowicz, który na „dzień dobry” zapytał mnie ile mam lat. Odpowiedziałem, że dwadzieścia trzy, a on na to: „O pięć lat za późno”. Lekko mnie to zdziwiło. Po treningu była też gierka. Podzielono nas na dwie drużyny. W jednej na lewej stronie grał Zbysiu Szewczyk, a ja to samo w drugiej. Chyba był zazdrosny o mnie, bo chciał mnie odpowiednio „przywitać”. Oczywiście się nie dałem. Później stworzyliśmy świetny duet.

Nigdy wcześniej i później z nikim się tak nie rozumiałem, jak z nim. Do tej pory utrzymujemy kontakt i rozumiemy się doskonale.

Zbigniew Szewczyk i Adam Zejer

Gdzie Pan mieszkał w Lubinie?

Na początku przez 6 miesięcy mieszkałem w hotelu D-30, gdzie miałem swój pokój. Mieszkałem razem z Marcinem Cilińskim. W tym hotelu mieszkało wielu sportowców z kilku sekcji sportowych. Później dostałem M-3 na Krupińskiego i pamiętam, że przeprowadziłem się tam… taryfą, bo miałem do spakowania jedynie 4 torby i reklamówkę. Poszedłem też do klubu, gdzie dali mi talony na meble, żeby urządzić mieszkanie.

Po dwóch latach była możliwość zamiany mieszkania na większe. Miałem już wtedy dziecko, więc żona powiedziała, że chciałaby coś większego. 4 miesiące później mogłem się już przeprowadzić do większego mieszkania na ul. Kamiennej.

Tym razem potrzebowałem już samochodu do przeprowadzek.

Jak spędzaliście czas wolny w Lubinie?

Na imprezy na początku chodziliśmy do Lutni. W czasie sezonu, po meczach dyrektor Halamski zapraszał nas z partnerkami na lampkę wina. Dziękował za mecz i wsparcie żon, które ogarniały życie codzienne, a my mogliśmy skupić się na grze. Były tańce i wspólne zabawy. Drużyna była zżyta na boisku i poza nim.

Jak wyglądały Pana początki w Zagłębiu?

Przez pierwszy sezon uczyłem się ligi, przyglądałem się, trenowałem i grałem ogony. Grałem też w drugiej drużynie jak wielu zawodników z pierwszego zespołu. Ówczesna pierwsza liga była dosyć mocna, ponieważ grali w niej wszyscy najlepsi polscy piłkarze. Kiedyś wyjazd do innej ligi był nagrodą lub emeryturą. Z każdym sezonem grałem więcej.

Mecze barażowe o pozostanie w pierwszej lidze z Górnikiem Wałbrzych. Pamięta je Pan?

Tak, grałem w nich. W tym czasie wskoczyłem już do składu i regularnie grałem. Ciężko powiedzieć czego nam zabrakło, żeby utrzymać ligę. Przegraliśmy ten dwumecz, więc trzeba stwierdzić, że byliśmy słabsi. Jeśli dobrze pamiętam, to jednym ze strzelców był Wiesiu Stańko.

Myślę, że zabrakło nam szczęścia i zjadł nas stres w tych meczach. Z tego spotkania zapamiętałem też Andrzeja Wójcika, który się nie patyczkował i jak wszedł we mnie wślizgiem, to poczułem prąd. To był kawał obrońcy, który grał twardo. Cieszyłem się, że w kolejnym sezonie był moim kolegom z drużyny.

A jak klubowi działacze i zawodnicy podeszli do spadku z ligi w 1988 roku?

To był smutny moment i czas, ale nikt się nie załamywał. Klubowi działacze zatrudnili trenera Stanisława Świerka i to był strzał w dziesiątkę. Trener potrafił nas tak zmotywować, że drugą ligę wciągnęliśmy nosem. Gienek Ptak został królem strzelców. Było kilka roszad w drużynie. Sprowadzono z Motoru Lublin Janusza Kudybę i Jarka Górę, z Górnika Wałbrzych przyszedł Andrzej Wójcik.

Trener Świerk nienawidził przegrywać, a zdarzyło się to nam 4 razy w II lidze. Potrafił po takim meczu nie odzywać się do nas do czwartku. W piątek było normalnie, a jak wygraliśmy następny mecz, to wszystko wracało do normy. Wpoił w nas chęć zwycięstwa i motywował do ciężkiej pracy i walki na boisku. Ponadto wielu z nas miało coś do udowodnienia po spadku i chciało pokazać, że to był wypadek przy pracy.

W bramce mieliśmy Krzysia Koszarskiego ksywa „Kotek”, w obronie Wujo, Kujawiak, Zdzichu Pietrzykowski, Chwaliszewski, w środku Góra, w napadzie Kudyba, Ptak, Marciniak. To była super ekipa. Działacze stworzyli nam świetne warunki do grania. Nie musieliśmy się martwić wieloma rzeczami. Dostaliśmy mieszkania czy talony na samochody. Pomagali w załatwieniu czegokolwiek.

Wicemistrzostwo i mistrzostwo Polski. Dobry czas dla lubińskiego Zagłębia i jego zawodników. Jak Pan to wspomina?

Od awansu do pierwszej ligi szliśmy jak burza. Pamiętam, że po awansie, na obozie, wziął nas wszystkich trener Świerk na rozmowę i omawialiśmy swoją przyszłość. Sytuacja polityczna i gospodarcza była trochę niepewna, nadchodziły zmiany. Rozmawialiśmy o wyjazdach zawodników do zagranicznych klubów itd. Pamiętam, że wypaliłem z tekstem, że jak inni sprzedają, a my się wzmacniamy, to będzie nam łatwiej wygrywać w lidze. Trener Świerk uśmiechnął się tylko pod nosem. Nie kalkulowaliśmy, wychodziliśmy na każdy mecz zmobilizowani do zwycięstwa, a że z meczu na mecz lepiej to wyglądało w tabeli, to tylko nas utwierdzało w tym, że możemy coś ugrać i pójść śladem Ruchu Chorzów.

Później były rozmowy o mistrzostwie i grze na maxa. Chcieliśmy wycisnąć z tego, ile się da. Wicemistrzostwo dla mnie i kolegów było wielkim sukcesem, a dobrze wiemy, że kolejny sezon skończył się jeszcze lepiej.

Jak jesteśmy przy mistrzowskim sezonie, to chciałbym zapytać o mecz z bydgoskim Zawiszą. Jak go Pan wspomina?

Cały sezon graliśmy w miarę na równym poziomie. Przyszedł mecz z Zawiszą Bydgoszcz, w którym mieliśmy przypieczętować to mistrzostwo. Byliśmy bardzo spięci tą sytuacją. Graliśmy niby na swoim poziomie, a nic nam nie chciało wpaść do bramki. Zawisza zrobił akcję i Berendt strzelił bramkę. Miało być nasze zwycięstwo, a tu trzeba gonić wynik.

Osobiście chciałem udowodnić i pokazać, że kiedyś w Bydgoszczy się pomylono jeśli chodzi o moją osobę. Za faul na mnie podyktowano pierwszego karnego, którego wykorzystał Romek Kujawa. Co ciekawe Kujawiak idąc do tego karnego zapytał mnie, czy chcę strzelać? Powiedziałem, że on jest wyznaczony do karnych więc niech strzela. Później kolejny karny został podyktowany za faul na Darku Lewandowskim. Wiem, że sporo osób ma obiekcję, co do tego karnego. Moim zdaniem to był ewidentny faul. Zresztą sędzia gwizdnął i podyktował rzut karny, więc nie dyskutuje na ten temat. Kujawa wykorzystał też drugiego karnego i wygraliśmy 2:1.

Lata 1989-1991 to był wspaniały czas dla wielu z nas. Tego nie da się zapomnieć i pominąć w wielu karierach moich kolegów.

Puchary i mecze z Bologna FC. Była szansa na wyeliminowanie Włochów?

Twierdzę, że mecze z Bologną były do wygrania. Nam zabrakło doświadczenia i ogrania z takimi drużynami. Nie jeździliśmy przecież na Zachód i nie graliśmy tam sparingów. Była tylko liga i ewentualnie mecze z klubami ze swojej części żelaznej kurtyny. Mecze ze Stahl Eisenhuttenstadt to nie to samo.

Przegraliśmy dwa razy po 1:0. Była to fantastyczna przygoda, ale chcieliśmy więcej. Pierwszy raz byłem we Włoszech. Ubrano całą drużynę w garnitury. Pamiętam, że trener Świerk chodził i wiązał nam krawaty, bo mało który potrafił sam sobie zawiązać. Lot samolotem i wizyta w Bolonii to niezapomniane przeżycia. Zaprezentowaliśmy się godnie, ale pozostał niedosyt.

Warto tu wspomnieć o włoskim cwaniactwie, grze łokciami i szarpaniu. Ścigałem się z dwoma środkowymi obrońcami, miałem piłkę przy lewej nodze, oni wzięli mnie w kleszcze. Jeden z nich uderzył mnie łokciem w brzuch, aż zgiąłem się w pół. Zabrakło mi oddechu, obróciłem się w kierunku arbitra, rozłożyłem ręce, on także i kazał grać dalej.

Na odprawach meczowych trener Świerk nie mówił nam za wiele o przeciwnikach. Chyba nie chciał nas straszyć, bo takich zawodników jak Detari, Bonini czy Cabrini znało się z prasy lub telewizji. Byliśmy bardzo ciekawi tych zawodników i tego jak zaprezentujemy się na ich tle.

Puchar Intertoto. Czy Puchar Lata i częste podróże nie odbiły się na formie drużyny?

Ciężko mi się odnieść do tego. Zagrałem z Lyngby i wygraliśmy 3:0, a ja strzeliłem dwie bramki. Później zaczął się już temat transferów i każdy myślał tylko o tym, gdzie zagra i do jakiego klubu trafi.

Mecz z FC Lausanne Sport to był żart i kpina. Mentalnie Zagłębie nie było już wtedy drużyną, a Szwajcarzy to był dobry zespół, który przegrał wtedy w grupie tylko jeden mecz.

Jak jesteśmy przy formie drużyny, to często wielu z Was wspomina Śp. Zygmunta Stanowskiego. Jakaś anegdota z nim w roli głównej?

Popularny Zyga to był dusza człowiek. Oddany klubowi i swojej pracy. Zyguś mówił, że młody zawodnik nie powinien się masować zbyt często, bo się przyzwyczai. Kiedyś zaryzykowałem i poszedłem na masaż. To był mój pierwszy i ostatni raz. Zrobił mi taki masaż, że uciekłem ze stołu. Miał silny uścisk i potrafił porządnie wymasować każdego zawodnika. Nigdy nie odmawiał pomocy i fachowej porady.

Jak przyjęliście odejście trenera Świerka?

Chcieliśmy się zbuntować. Zarzucono nam, że za lekko trenujemy i nie mamy zdrowia do biegania. Przegrany mecz z Hutnikiem 3:0 przelał czarę goryczy i działacze zwolnili trenera Świerka. Jak się o tym dowiedzieliśmy, to wsiedliśmy w trzy samochody i pojechaliśmy do Wrocławia do domu trenera.

Nie chcieliśmy wtedy trenera Putyry. Trener Świerk nas uspokoił, kazał nam trenować i grać. Powiedział, że spodziewał się tego zwolnienia. Zachował się profesjonalnie i elegancko. Niestety ja nie zachowałem się tak wobec trenera Putyry. Na spotkaniu u Prezesa z trenerem zapytałem, czy nie jest mu głupio przejmować drużynę po trenerze Świerku. Trener Putyra zachował wtedy spokój. Jak się później okazało, jego metody się sprawdziły i zdobyliśmy mistrzostwo Polski.

A jak jako drużyna zareagowaliście na te nowe metody i spojrzenie na futbol trenera Putyry?

Treningi były na porównywalnym poziomie jak u trenera Świerka. W styczniu wyjechaliśmy na obóz do Czech. Tam trenowaliśmy dwa razy dziennie, rano było bieganie. Wieczorami mieliśmy do dyspozycji basen do regeneracji.

W sztabie szkoleniowym był Ryszard Panfil, który pomagał trenerowi Putyrze. Jeździliśmy na badania wydolnościowe na AWF do Wrocławia. Trzeba było biegać na bieżniach w maskach tlenowych, co było bardzo wyczerpujące. Na tamte czasy to były metody nowatorskie i nigdy nie wiedzieliśmy, czego się możemy spodziewać.

Z trenerem Putyrą do drużyny dołączyły „jego dzieciaki”, czyli Janusz Najdek, Leszek Grech, Mariusz Urbaniak i inni. Miejsce w składzie w tym momencie stracił Marek Godlewski, który nie był z tego zadowolony. To też było nowatorskie, bo grali wtedy w składzie dwaj młodzieżowcy.

Czym dla Pana było zdobycie Złotego Buta?

Dla mnie to było spore wyróżnienie i satysfakcja. Dziennikarze po każdym meczu przyznawali noty zawodnikom. Zdzichu Pietrzykowski śmiał się ze mnie, że ja za wyjście z tunelu miałem już notę 7, a za celne kopnięcie piłki 8-9. W 1990 roku takie wyróżnienie otrzymał Romek Kujawa. Zabawne jest to, że odchodząc w 1991 roku z Zagłębia do Turcji nie otrzymałem tej nagrody. Kiedyś zastanawiałem się co się stało z tą statuetką i kto ją przejął.

A jak wyglądał Pana transfer do Turcji? Proszę przybliżyć kulisy tego transferu.

Po meczu z FC Lausanne Sport pożegnałem się z kolegami. Przyjechał po mnie Turek, który zabrał mnie na lotnisko i polecieliśmy do Stambułu. Gość znał niemiecki i angielski, a ja tylko polski. Wyobrażasz sobie naszą podróż i chęć dogadania się. W Stambule czekał na mnie Jarek Bako. Podpisaliśmy po dwóch dniach kontrakty z Besiktasem.

Adam Zejer w barwach Besiktasu

Inna kultura, język i obyczaje. Jak Pan się odnalazł w Turcji?

W Turcji było rewelacyjnie. Treningi, mecze i atmosfera w klubie znakomita. Pełne stadiony i fanatyczny doping. Kibic Besiktasu czy innej drużyny traktuje futbol jak religię. Potrafią sobie odmówić czegoś, ale na meczu muszą być. Szatnie były pod trybunami i kiedy ludzie na stadionie skakali, to włosy stawały na rękach. Niesamowite!

Przed meczami z Fenerbahce czy Galatasaray kibice zapełniali stadion na treningach i zagrzewali nas do boju. Mało tego, przy wyjściu na płytę stadionu można było spotkać barana z poderżniętym gardłem. Myślałem, że kibice zaraz będą pić tę krew, ale oni tylko robili sobie tą krwią znak na czole.

Wychodziło tam pięć gazet sportowych, które rozpisywały się o wszystkim, co dotyczyło drużyny. Śledzono poczynania drużyny i indywidualnie zawodników na każdym kroku. Nie dziwiły artykuły typu, zawodnik dzisiaj zjadł to na śniadanie lub ma takie auto itd. Taka ciekawostka ze Stambułu. Jak ojciec kibicuje danej drużynie, to jego syn z automatu musi być kibicem tej samej drużyny, to rodzinne tradycje, które się pielęgnuje. Dziecko od początku ma wszystko w klubowych barwach i dorasta w ich otoczeniu. To są prawdziwi fanatycy.

Pamiętam taką anegdotę, w ramadan był taki gość, który chodził o czwartej rano, walił w bęben i budził ludzi, bo można było coś zjeść o czwartej nad ranem, a później cały dzień bez jedzenia. Początkowo myślałem, że to przeciwnicy chcieli zdekoncentrować nas przed meczem, a potem się okazało, że to u nich normalne.

Adam Zejer i Jarosław Bako w barwach Besiktasu

Jak sobie Pan radził w Besiktasie?

Świetny czas. Po zdobyciu mistrzostwa w Polsce powtórzyłem to samo w Turcji. Nie grałem tak dużo jak w Zagłębiu, ale swój wkład miałem. Nie wiem, czy trener Gordon Milne do końca wiedział jakim typem zawodnika jestem. Na swojej pozycji miałem też sporą konkurencję. W drużynie grało wtedy 5 reprezentantów Turcji. W Besiktasie wtedy była wschodząca gwiazda tureckiej piłki, Sergen Yalcin.

Z Jarosławem Bako podążał Pan podobnymi ścieżkami. Jak współpracowało Wam się razem w Turcji?

Z Jarkiem Bako znam się od gówniarza, również jest wychowankiem Stomilu. Od początku miał dobre warunki fizyczne i predyspozycje do grania na wysokim poziomie. Pamiętam jak Jan Tomaszewski przyjechał z Łodzi po niego i zabrał go do ŁKS-u. Później spotkaliśmy się w Zagłębiu Lubin i razem przeszliśmy do Turcji. Oprócz tego mieliśmy okazję zagrać razem w kadrze. W Stambule mieszkaliśmy obok siebie i po treningach oraz meczach spotykaliśmy się i wspólnie spędzaliśmy czas.

Adam Zejer i Jarosław Bako. Fot. Jerzy Kosiński

Czy chęć grania więcej to był główny powód zmiany barw klubowych?

Tak, chciałem grać więcej i po roku czasu przeniosłem się do Gaziantepspor. Źle się czułem z tym, że gram mniej i chciałem przejść do drużyny, w której mogłem brylować. Mój turecki menadżer załatwił mi ten transfer. W Gaziantepspor grałem praktycznie wszystkie mecze od dechy do dechy. Udało nam się utrzymać, więc spełniłem swoją rolę.

W pamięci mi zapadł mecz z Besiktasem, z którym graliśmy u siebie. Na ten mecz bardzo mocno się zmotywowałem. Mecz zakończył się remisem 0:0, ale mogliśmy go wygrać. Miałem prawie 100% sytuację i tylko Jarka Bako przed sobą. Dostałem cudowne podanie z bocznego sektora boiska, przyjąłem piłkę, nastąpiła tzw. mijanka i znalazłem się sam na sam z Jarkiem. Prowadząc piłkę, wiedziałem, że muszę czymś go zaskoczyć i to był mój błąd. Poszedłem na prawą stronę, prowadząc piłkę nogą lewą i mam to przed oczami jak się kładzie na murawie, kolana, tułów klatka piersiowa i już chciałem uderzyć… nie zdążyłem, wybrał mi piłkę spod nóg.

Adam Zejer w barwach Gaziantepspor

Miał Pan wtedy menadżera?

Szczerze to nie wiedzieliśmy tak naprawdę, co to jest menadżer. Zgłaszali się do nas ludzie z propozycjami załatwienia klubu. Standardowo umawiano się na 10% od transferu i tak to funkcjonowało. Nie było podpisywania żadnych umów o współpracy itd. To nie były czasy jak teraz, że menadżer załatwia Ci wszystko.

Po sezonie 1992/1993 przenosi się Pan do niemieckiego VfL Herzlake? Dlaczego akurat tam? Nie było lepszych i ciekawszych ofert?

Fajna mieścinka, 4 treningi w tygodniu i mecz. Finansowo nie było źle, ale sportowo to jednak nie był wysoki poziom. Spędziłem tam rok czasu i chciałem wrócić do Polski i do Olsztyna.

Powrót do domu i spełnienie marzeń o grze w Stomilu w pierwszej lidze. Kariera zatoczyła koło. Jaki to był Stomil?

Trener Kaczmarek mnie chciał i mogłem wrócić do domu do Olsztyna. Na tamten moment nic lepszego nie mogło mi się przytrafić. Moje marzenie o grze w pierwszej lidze w Stomilu się spełniło. W tym czasie rozegrałem 60 spotkań i strzeliłem 7 bramek.

Adam Zejer w barwach Stomilu Olsztyn

Pojawiły się problemy finansowe i organizacyjne Stomilu Olsztyn? Jak to wyglądało z Pana perspektywy?

Stomil Olsztyn jest specyficznym klubem. Utrzymaliśmy pierwszą ligę w Olsztynie, ale zaczęły się problemy finansowe i tarcia między działaczami. Z klubu odeszło sześciu zawodników do Jezioraka Iława. W Stomilu zostało 11 zawodników. Sytuację uratowała wtedy fabryka Stomil, która weszła mocno w klub. Zatrudniono trenera Polaka, który został polecony przez trenera Kaczmarka. Ściągnięto do klubu Kazia Sidorczuka, Grzesia Wagnera, Śp. Jacka Płuciennika, 18-letniego Arka Klimka.

Z trenerem Polakiem zajęliśmy 6 miejsce w lidze w sezonie 1995/1996. W pierwszym meczu sezonu w Olsztynie z ŁKS-em strzeliłem zwycięską bramkę. Później strzelałem jeszcze w meczach z GKS Bełchatów, Sokołem Tychy i Zagłębiem Lubin. Trener Polak tęsknił za Łodzią i odszedł ze Stomilu, a w jego miejsce przyszedł Jerzy Masztaler. Nowy trener nie widział dla mnie miejsca w drużynie i posadził mnie na ławie.

Kojarzę, że miał Pan z nim zatarg po jednym ze spotkań. Zgadza się?

Tak, to było na meczu z ŁKS-em Łódź. Siedziałem wtedy na ławie i dostawaliśmy łomot. Przegrywaliśmy do przerwy 3:0 (red. mecz rozegrany 14 września 1996 r.). Trener mnie zawołał i powiedział, że wchodzę na boisko. Po chwili dodał, kręć się, aż się zakręcisz na śmierć. Pomyślałem sobie, ja Ci jeszcze pokarzę. Gramy, i zaraz Kaczmarczyk na 3:1. Mija kilkanaście minut, strzelam bramkę na 3:2. W euforii po strzelonej bramce podbiegłem do trenera i powiedziałem „Zobacz, kto powinien grać”. Później Daniel Dyluś strzelił piękną bramkę z woleja na 3:3, ale sędzia Granat jej nie uznał. Do tej pory nie wiemy dlaczego.

Pod koniec meczu ŁKS poszedł z kontrą i Dubicki strzelił na 4:2. Po meczu do szatni wszedł trener Masztaler i podziękował wszystkim za drugą połowę, bo za pierwszą to nie. Wszystko rozeszłoby się po kościach gdyby nie dziennikarze z Radia Olsztyn, którzy zaczęli rozdmuchiwać sprawę i robić z tego sensację. Tak przeprosiłbym trenera i nie byłoby sprawy. Niestety klub zareagował w najgorszy z możliwych dla mnie sposobów i wyrzucono mnie z drużyny.

I wtedy na drodze pojawia się ona, czyli Warmia Olsztyn. Druga siła w Olsztynie, która miała ambitne plany.

Do Warmii Olsztyn trafiłem, jak grała w 3 lidze. W sezonie 1996/1997 zrobiliśmy awans do 2 ligi. Ostatni mecz sezonu graliśmy z Olimpią Warszawa, z którą mieliśmy tyle samo punktów. Mecz wygraliśmy 2:1, a ja strzeliłem pierwszą bramkę dla nas. Niestety 2 liga była tylko przez rok. Byłem jedynym doświadczonym zawodnikiem, a wokół mnie sporo młodzieży. Musiałem prowadzić grę, dzielić i rządzić na boisku.

Dlaczego przeniósł się Pan do Świtu Nowy Dwór Mazowiecki?

Głównym powodem była osoba trenera Jerzego Budziłka, z którym współpracowałem w Warmii. Przejął on Świt, który spadł z 2 ligi i chciał do niej szybko wrócić, więc mi i kilku chłopakom z Olsztyna zaproponował przejście do Świtu. Udało się nam po roku powrócić do 2 ligi.

Kolejny przystanek na Pana drodze to Polonia Lidzbark Warmiński. Kolejny klub z aspiracjami do grania w wyższej lidze?

Tak, znowu kolejny ciekawy projekt i walka o awans do wyższej klasy rozgrywkowej. W Polonii Lidzbark Warmiński grałem jako drugi trener, a pierwszym był Czesław Żukowski. W czwartej lidze objął nas trener Budziłek i z nim zrobiliśmy awans do 3 ligi i wygraliśmy Wojewódzki Puchar Polski.

Po wygranym pucharze trafiliśmy do centralnych rozgrywek o to trofeum i wylosowaliśmy Lechię Gdańsk. Chcieliśmy sprawić niespodziankę i przez jakiś czas nam się to udawało, bo strzeliłem piękną bramkę z dystansu na 1:0. Niestety później Lechia ruszyła i skończyło się na 1:4.

Adam Zejer w barwach Polonii Lidzbark Warmiński

W 2002 roku został Pan poproszony o pomoc w uratowaniu pierwszej ligi dla Stomilu. Było jakieś zawahanie?

Nie było żadnego. Mimo 40 lat czułem się jeszcze na siłach, żeby powalczyć. W końcu chodziło o Stomil Olsztyn. Trenerem był wtedy Jerzy Fiutowski, dobrze znany kibicom w Lubinie. Jak zapewne dobrze pamiętasz, to były dziwne rozgrywki wtedy i podział na grupę mistrzowską i spadkową. Stomil był w tej drugiej, podobnie zresztą jak Zagłębie. Notowaliśmy sporo remisów i niestety misja utrzymania pierwszej ligi się nie powiodła. Zagrałem wtedy w 7 spotkaniach. Jak to bywa w Stomilu, po spadku wszystko się posypało i Stomil zaliczył kolejny spadek w sezonie 2002/2003.

Z przyjemniejszych rzeczy, zagrałem w meczu przeciwko Górnikowi Polkowice, w którym wtedy grał Zbyszek Szewczyk. Mecz zakończył się remisem 1:1, a my na stare lata ścigaliśmy się trochę na boisku. Później trenerem został Piotr Tyszkiewicz i podziękował wszystkim doświadczonym zawodnikom, w tym mnie.

Adam Zejer w barwach Stomilu Olsztyn na stadionie Zagłębia Lubin

Ostatni przystanek to Wigry Suwałki. Świadoma decyzja o powieszeniu butów na kołku?

Tak, grałem tam przez pół roku i w czerwcu 2003 roku zakończyłem oficjalnie profesjonalną grę w piłkę. Pojawiła się okazja wyjazdu do USA i z niej skorzystałem.

O tym fakcie nic nie znalazłem. Proszę przybliżyć tę historię. Jakiś klub polonijny?

Nie. Pojechałem tam do normalnej pracy, aby zarobić. Wyleciałem w czerwcu 2003 roku. Jak pytali się mnie, co potrafię, to odpowiadałem, że grać w piłkę. W żadnej robocie nie zabawiłem zbyt długo, ale zawsze coś nowego znajdowałem. Po półrocznym pobycie dopiero znalazłem odpowiednią pracę w hurtowni, gdzie zajmowałem się przygotowywaniem zamówień.

Pamiętam jak mój kierownik (był z Knurowa) zapytał się, czym zajmowałem się w Polsce. Odpowiedziałem, że grałem w piłkę, to się pośmiał ze mnie. Jak wymieniłem mu kluby, w których grałem, to mi nie wierzy. Dopiero jak sprawdził w internecie i potwierdziły się moje słowa, to uwierzył. Później latał z wydrukiem moich klubów i osiągnięć po hurtowni. Chwalił się wszystkim, z kim pracuje. Wtedy już byłem zaakceptowany przez wszystkich w pracy.

Chyba mało kto wie lub pamięta, ale w Zagłębiu było Zejerów dwóch. Chciałbym jeszcze nawiązać do Pana brata, Grzegorza, również piłkarza. Jak potoczyły się jego losy?

Miał zadatki na świetnego zawodnika. Szybki, lewonożny ze świetnym dograniem. Rocznik 1974, grał w juniorach Zagłębia Lubin m.in. z Radkiem Kałużnym. Mieszkał u mnie i chodził do szkoły w Lubinie. Póki byłem w Zagłębiu, to się nim opiekowałem.

Po transferze do Turcji musiałem sprzedać mieszkanie i Grzegorz musiał wrócić do Olsztyna. Trenował i grał w Stomilu. Jak grałem w Niemczech, to trener Kaczmarek wypatrzył go na meczu juniorów Stomilu i dołączył go do treningów z pierwszą drużyną. Wiosną 1995 roku zaliczył debiut w pierwszej lidze i zagraliśmy razem w jednej drużynie. Był lewym pomocnikiem. Później grał jeszcze po trzecich ligach.

Wycinek z gazety o debiucie Adama Zejera w reprezentacji Polski

Piłkę klubową omówiliśmy, więc teraz pora na Reprezentację Polski. Pana debiut w Lubinie. Czy uważa Pan, że powołanie na ten mecz to był gest selekcjonera w stronę klubu i kibiców?

Myślę, że tak. Selekcjoner zapewne stwierdził, że warto pokazać i powołać zawodnika Zagłębia, aby docenić klub i lubińską publiczność. Nieważne co było powodem. Ja, maluch z Olsztyna, jestem powołany do kadry i mogę w niej zadebiutować. Dla mnie to było duże wyróżnienie zagrać przeciwko reprezentacji NRD w 1987 roku, debiutować na swoim stadionie i przed swoją publicznością. Wszedłem 64 minucie meczu za Krzysztofa Warzychę. Byłem wtedy w gazie i chłopaki z drużyny śmiali się, że trzeba na boisko brać dwie piłki, bo jak Zejerek dorwie jedną, to już nie odda do końca meczu.

W kadrze zagrałem 5 spotkań i może na tyle tylko było mnie stać. Nie zawsze o tym decyduje forma i nie ma sensu tego roztrząsać. Cieszę się z tego co osiągnąłem i gra z orzełkiem na piersi była dużym wyróżnieniem dla mnie, bez znaczenia, jakiej rangi to były spotkania. Miałem też sporą konkurencję, bo był przecież Jasiu Urban czy Jacek Ziober. Kolejne z moich marzeń się spełniło i z tego faktu jestem szczęśliwy.

Możemy stwierdzić, że jest Pan zadowolony ze swojej kariery czy jednak coś by można zmienić z perspektywy czasu?

Teraz na pewno bym coś zmienił. Jeszcze mocniej i intensywniej pracowałbym nad sobą i swoimi mankamentami. Wielu moich kolegów mówi mi, że powinienem osiągnąć więcej. Nie zdawałem sobie chyba sprawy do końca ze swojego talentu. Podejmowałem sam decyzje i nikt nie prowadził mojej kariery i nie zajmował się nią. Może to też miało wpływ na moją karierę i jakie kluby wybierałem. Byłem zadowolony z tego co dostawałem, a nie myślałem, że mogę grać w lepszym klubie czy lidze.

To były też inne czasy i w wielu sprawach decydował przypadek lub ktoś trzeci. Często teraz mówię swoim zawodnikom, że muszą wszystko wykorzystywać na maksa, bo życie jest krótkie, a piłkarska kariera jeszcze krótsza.

Adam Zejer reprezentant Polski

Po tej odpowiedzi nasuwa mi się jedno pytanie. Czy jest sens porównywać piłkarzy np. Bako z Koszarskim, Marciniaka z Kudybą? Każdy z nich podążał swoją drogą i miał swoje atuty.

Zwróć uwagę na jedną rzecz. Kto by w czasach Zagłębia nie wchodził na murawę, dawał jakość. Mieliśmy wyrównany skład i często dyspozycja dnia decydowała kto gra, a kto siedzi na ławie. Krzysiek Koszarski był uwielbiany w Lubinie za te swoje kocie ruchy. Nie na darmo miał ksywę „Kotek”.

Jak w klubie pojawił się Jarek Bako, reprezentant Polski, to trener Świerk miał twardy orzech do zgryzienia jak pogodzić obu wspaniałych bramkarzy. Pamiętam, jak trener Świerk poprosił radę drużyny do siebie i zapytał się, co ma z tą sytuacją zrobić. Ja oczywiście długo nie myśląc, powiedziałem, żeby bronił lepszy. To pomogłem, co?

A czy to prawda, że Koszarski miał grać w meczach domowych, a Bako wyjazdowych? Ponoć jeden drugiemu nie chciał być rezerwowym na meczu, dlatego młodzi bramkarze dostawali szanse bycia ich zmiennikami.

Coś było na rzeczy, ale to musiałbyś dopytać samych zainteresowanych. Na początku jak dobrze pamiętam dochodziło do takich sytuacji. Później chyba załagodzono sytuację.

Wracając do poprzedniego pytania odnośnie do Darka i Janusza, to obaj mieli swoje atuty i dawali jakość z przodu. Darka poznałem jeszcze w reprezentacji Polski, a później grał z nami w Zagłębiu. Niesamowity talent i miał to coś w sobie, czego wielu brakuje i nie są w stanie tego wypracować i wytrenować. Darek swoją kiwką potrafił zrobić różnicę.

Janusz dużo nad sobą pracował, ciężko trenował, żeby być czołowym napastnikiem. Dobrze grał głową. Warto też wspomnieć Gienka Ptaka, który trochę tych bramek nastrzelał dla Zagłębia. Tylko nie pytaj mnie, który lepiej grał głową. Musimy kiedyś zrobić jakiś konkurs. Może na kolejnym spotkaniu za rok?

Dzięki takim napastnikom wypłynąłem na szersze wody, bo co wrzuciłem, to oni potrafili wykorzystać i statystyki mi rosły! Jestem bardzo dumny, że grałem z takimi napastnikami i mogłem im asystować przy bramkach.

Czy po zakończeniu kariery z automatu postanowił Pan zostać trenerem?

Nie. Jak już wspomniałem, w czerwcu 2003 roku wyjechałem do USA i wróciłem do Polski w 2006 roku. Musiałem podjąć decyzję co dalej ze sobą zrobić. W jej podjęciu pomógł mi Maniek Mierzejewski, ojciec Adriana. On mnie pokierował i ukierunkował. Na początku prowadziłem zajęcia indywidualne dla Adriana, Kuby Serafina czy Łukasza Grzeszczyka. Zaczęło mnie to wciągać i po pewnym czasie nadarzyła się okazja pracy w Stomilu Olsztyn z juniorami z rocznika 1991.

Oprócz tego prowadziłem klub A klasy w Świątkach. Tak wyglądały moje początki związane z pracą trenera.

A obecnie jakie uprawnienia Pan posiada?

Teraz jestem trenerem z licencją UEFA A i kiedy musiałem odbyć staż, to wybór klubu był oczywisty.

Staż trenerski w Zagłębiu Lubin. Jakie wrażenie zrobiła na Panu Akademia? Powrót do Lubina był sentymentalny?

Nie byłem na nowym stadionie Zagłębia ani nie widziałem na żywo Akademii. Wiadomo, że w telewizji zobaczy się mecz, obejrzy jakieś zdjęcia czy poczyta o Akademii, ale to nie oddaje tego co zobaczyłem. Warunki do trenowania i grania idealne. Można tylko pozazdrościć tej młodzieży tego wszystkiego. Moim zdaniem każdy klub powinien mieć podobny kompleks boisk, żeby nasze dzieciaki mogły się rozwijać i grać. Tak powinna wyglądać normalność.

Przy okazji spotkałem w Akademii wielu kolegów. Mogłem powspominać stare czasy z Andrzejem Turkowskim, Krzysiem Koszarskim, Marcinem Cilińskim i Sławkiem Wałowskim. Po tylu latach miło było wrócić na „stare śmieci”.

Pamiątkowa koszulka Zagłębia Lubin wręczona Adamowi Zejerowi przez Andrzeja Turkowskiego

W swojej pracy spotkało Pana wyróżnienie i docenienie, ponieważ został Pan asystentem trenera pierwszej drużyny Stomilu Olsztyn. Myślę, że to spore przeżycie i odpowiedzialność. Jak Pan do tego podchodził?

W 2018 roku zespół Stomilu objął Piotr Zajączkowski i zaproponował mi posadę asystenta. Stomil grał w pierwszej lidze. Bardzo mnie ta propozycja zdziwiła, ale jednocześnie byłem szczęśliwy i czułem się doceniony. Zespół był w dołku, więc przyjąłem to wyzwanie.

Zdziwienie olsztyńskiego środowiska było bardzo duże, że otrzymałem taką propozycję. Tym bardziej czułem się wyróżniony. Udało się utrzymać pierwszą ligę w Olsztynie i to było najważniejsze. Jeśli chodzi o pracę trenerską, to pracowało się całkiem inaczej niż drużynami z niższych lig czy juniorskimi. Cykle treningowe, wyjazdy na mecze i organizacja tego wszystkiego jest nieporównywalna. Trener ma komfortowe warunki i może oddać się tylko pracy. Dzięki Piotrkowi Zajączkowskiemu pomyślałem, że w przyszłości fajnie by było zostać asystentem trenera w ekstraklasie lub poprowadzić samemu jakąś drużynę w wyższej lidze.

Kolejne marzenie do spełnienia.

Co by było gdyby Adam Zejer dostał ofertę pracy w lubińskiej Akademii lub przy pierwszej drużynie Zagłębia?

Na pewno bardzo poważnie bym przemyślał taką ofertę. Na tę chwilę mam umowę w Stomilu Olsztyn do czerwca 2022 roku. Zobaczymy, co przyniesie życie.

Obecnie w Stomilu jakie drużyny Pan prowadzi?

Prowadzę rocznik 2004 i osiągamy ciekawe wyniki. Bardzo fajny rocznik, który chce pracować i się rozwijać. Wiosną tego roku zespół junior młodszy rocznik 2004 w CLJ zajął drugie miejsce w swojej grupie i mamy dużą satysfakcję z pokonania późniejszego Mistrza Polski, zespołu UKS SMS Łódź 2:1.

W Lidze Wojewódzkiej wygrywamy wszystko, jak leci z hokejowymi wynikami. 6 listopada wygraliśmy 4:0 z Jeziorakiem Iława i awansowaliśmy do makroregionalnej ligi juniorów. W wojewódzkim Pucharze Polski też idziemy jak burza, 11 listopada wygraliśmy z Radomniakiem Radomno 8:0 i w marcu w 1/8 zagramy z Mrągowią Mrągowo. Prowadzę ich już od 7 lat i osiągamy dobre wyniki. Moja drużyna mnie buduje i słowa uznania dla nich.

Post scriptum

Przy okazji wywiadu chciałbym wspomnieć kolegów: Stefana Machaja, który pracował za nas w defensywie, Andrzeja Słowakiewicza dobrego zawodnika i duszę towarzystwa, duet Darek Lewandowski z Mariuszem Olbińskim, Grzegorza Pyca, Jarka Gierejkiewicza, z którym najlepiej grało mi się w siatkonogę; słynnego DD, czyli Daniela Dylusia, którego opowieści są imponujące; Janusza Kubota, który zagrał do mnie pierwszą piłkę w moim debiucie na boiskach ekstraklasy.

Tych, których nie wymieniłem, przepraszam. Liczę, że w czerwcu 2022 spotkamy się drugi raz i powspominamy piękne chwile spędzone w lubińskim Zagłębiu. Zapraszam serdecznie w imieniu swoim i Romero Kujawiaka oraz pomysłodawcy Janusza Kudyby.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.