Błędne koło

Sporo czasu minęło, odkąd ostatni raz gościłem w tej rubryce. Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka, więc chyba najwyższa pora i z tą materią się zmierzyć. Atmosfera bowiem w Lubińskim piekiełku znów jest fatalna, pożarów mniejszych bądź większych jest sporo, a nic nie wskazuje na to, aby ktoś obecnie miał pomysł, jak generalnie wziąć się za gaszenie. Zatoczyliśmy więc koło, bo kilka momentów w tym okresie było na tyle dobrych, że można się było łudzić, że może tym razem z tego piekielnego błędnego koła wyrwać się udało i teraz będzie już tylko lepiej. Niestety i tym razem, wygrało koło.

Zacznijmy od końca.

Nie da się dziś rozmawiać o Zagłębiu, nie zaczynając od tego, co wydarzyło się w Tarnobrzegu. Przegrana już pierwszej rundzie Pucharu Polski i to z drużyną z czwartego szczebla rozgrywek jest absolutną kompromitacją całej organizacji. I wszystkie te małe plusiki, o których podczas ostatniego zgrupowania Specjalistów mówiliśmy, nie mogą zmienić całościowej oceny tego wydarzenia. Tej plamy zmyć nie uda się nigdy i pozostaje tylko liczyć, że z czasem wyblaknie na tyle, że będą o niej pamiętać tylko najwytrwalsi kibice.

Gdy coś takiego zdarzyło nam się (sic!) poprzednio, ówczesny trener, Mariusz Lewandowski, już po miesiącu był poza klubem, choć jego pozycję próbowano bronić jeszcze, dorzucając mu do sztabu Bena Van Daela. I naprawdę nie byłbym zdziwiony, gdyby teraz sytuacja miała się powtórzyć. Tyle tylko, że na pytanie, czy jest to dobry kierunek, dziś sam nie umiem w 100% odpowiedzieć, bowiem ilość czynników, które trzeba wziąć pod uwagę, dość mocno zmienia optykę. 

Kluczem jest bowiem odpowiedź, czy mając w pamięci styl, jakość oraz skuteczność drużyny z jesieni 2025 roku możemy być pewni, że „winą”, za stan obecny należy obciążyć sztab, czy może jednak trzeba problemu poszukać gdzieś indziej. Skoro bowiem ten sam Leszek Ojrzyński długimi tygodniami prowadził najskuteczniejszą i najbardziej efektywną (a może nawet i efektowną) drużynę ligi, ciężko uwierzyć, że w ciągu kilku miesięcy zupełnie zapomniał jak tego dokonać albo że kompletnie wypalił się jego pomysł na tę drużynę.

Bo dziś drużyna Zagłębia w niczym nie przypomina tamtej bandy. Brakuje nam polotu, radości i lekkości w graniu. Jesteśmy zamknięci w kilku schematach, a dziś nie sposób powiedzieć, że którykolwiek piłkarz jest na tak wznoszącej fali, na jakim mogliśmy oglądać wielu z nich jeszcze niedawno. Coraz częściej ratują nas już tylko SFG, bo na boisku kreujemy już piekielnie mało sytuacji, co pokazały najlepiej ostatnie spotkania ligowe z Radomiakiem oraz Pogonią.

Zatoczyliśmy więc koło, bo dokładnie w ten sposób ten zespół wyglądał, gdy w tragicznej sytuacji i na skraju degradacji przejmował go nie tak znów dawno właśnie Leszek Ojrzyński.

Dokładnie to samo, co z formą piłkarską, działo się w międzyczasie z naszym wizerunkiem. Pamiętam jak dziś, jak wręcz szydzono z nas, gdy zatrudniliśmy obecnego trenera w dość kuriozalnych okolicznościach przecież okolicznościach.

Wszyscy zapewne pamiętają całą sagę i dramę, jaka przetoczyła się wtedy przez wszystkie redakcje sportowe, ale też przez tak ważne dziś dla wizerunku klubów sportowych media społecznościowe. W dużym skrócie używanie mieli wszyscy i wszędzie, a marka Zagłębie Lubin była łączona z najdotkliwszymi obelgami oraz drwinami, pośród których „Zagłębie to rak polskiej piłki” było jednym z delikatniejszych. 

Każdy, kto ma choć ogólne pojęcie o korporacjach jest w stanie sobie bez trudu wyobrazić, jak taka sytuacja odbierana jest w takich okolicznościach przez właściciela i jak oddziałuje również na wizerunek spółki matki. Tym bardziej, jeśli całość podlana jest politycznym sosem. Los jednak w tamtym momencie okazał się łaskawy i z tej opresji udało się jakimś cudem wyjść suchą stopą. Drużyna finalnie przed spadkiem się wybroniła, zarząd i rada nadzorcza mogli odetchnąć więc z ulgą, a Leszek Ojrzyński założyć czarne okulary i z dumą przyjmować gratulację i tytuł „szefa”. 

Tyle tylko, że w piłce rok, to cała wieczność.

Dziś w klubie znów jest nerwowo. Zwolnienie Rafała Ulatowskiego z funkcji dyrektora sportowego podsumowane w jednym z programów sportowych słowami „…dalsza współpraca, nie miała racji bytu” obnaża tylko słabość koncepcji, która dziś wyznacza klubowi ścieżkę. Bez względu na faktyczny powód rozstania, właśnie obwieściliśmy światu, jak bardzo bezradni jesteśmy w starciu z wydarzeniami, na które wpływu do końca nie mamy.

Do kompromitacji sportowej dołożyliśmy więc kryzys wizerunkowy, spowodowany dość desperackim wyrzuceniem na bruk szefa pionu sportowego, a wszystko to na „kilka minut” przed startem głównych obchodów 80-lecia klubu.

Obchody. No to w ogóle jest osobny temat na grubszą analizę.

Przyznam Wam szczerze, że swoją decyzję rok temu o tym, iż moja rubryka z felietonami chwilowo nie będzie aktualizowana, podjąłem celowo. Zwyczajnie uznałem, że działając przy Muzeum Zagłębia Lubin w dodatku w rocznicę założenia klubu, zwyczajnie nie wypada zabierać głosu, który mógłby w jakimś stopniu wpływać na odbiór całości. Skupiłem się więc na projektach związanych z Muzeum, aby swoją pracą dołożyć, choć małą cegiełkę do tego święta. Wszystkie projekty ujrzały już światło dzienne, część z nich widuje więc na trybunach, a co cieszy mnie nawet bardziej, część także i poza nimi. Sami możecie ocenić więc, czy była to cegiełka wartościowa, czy nie.

Tyle tylko, że na tym dobre wieści się skończą. Od samego początku coś, co miało być świętem całej Miedziowej społeczności, było pasmem rozczarowań, frustracji i pokazania braku wizji. Tak bardzo po macoszemu potraktowano to święto, że serce się wręcz kraje, a obawy o to, jak wyglądać będzie całe wydarzenie w najbliższą już sobotę, są wielkie.

Pewnie o wszystkim tym, czego świadkami byliśmy w ostatnich miesiącach, jeszcze kiedyś przyjdzie Wam opowiedzieć (a wierzcie mi, absurd gonił absurd), ale dziś niech najlepszym dowodem na to, jak bardzo to wszystko poszło nie tak, jest fakt, że 12 września to już bodaj czwarty z terminów, który na te obchody wyznaczono. Pierwotnie miał być to bowiem marzec. Potem koncepcja uległa zmianie i celowano w jeden z majowych meczów kończących sezon. Potem był lipiec i początek rozgrywek, by finalnie zmienić zdanie ponownie i datę ustalić na wrzesień.

A to dopiero początek. Gdy wczesną jesienią klub zaprosił na pierwsze spotkanie organizacyjne przedstawicieli wielu grup działających przy Zagłębiu, wszystko sprawiało wrażenie przemyślanego. Tyle tylko, że potem, każde z kolejnych ustaleń powziętych na początku rozsypywało się jak domek z kart, a liczba uczestników owego spotkania coraz bardziej wściekła na klub za bezczynność tylko rosła.

Nagle okazywało się, że czegoś się nie da, na coś nie zgodzono się w DSU (co potem przez przypadek okazało się nieprawdą), koncepcja jak wyglądać ma główna gala lub kto ma ją prowadzić też była powiedzmy to “płynna”, a wszystko odkładane na ostatnią chwilę, bo przecież w tydzień można nadrobić pracę, która zwyczajowo wymaga kilka miesięcy przygotowań i uzgodnień.

A było tego zdecydowanie więcej.

Błędne koło

Dziś nawet nie próbuję wyobrazić sobie tego, co działoby się w naszym piekiełku, gdyby nie szczęśliwie wygrane derby. Sportowo bowiem daleko nam do drużyny, która jeszcze niedawno cieszyła nas wszystkich swoją grą. Oczywiście za nami dopiero kilka spotkań i prawdziwy potencjał tej drużyny poznamy najwcześniej za kilka tygodni. Ciężko bowiem już teraz oceniać przydatność Kerka, Szymczaka, Łyczki czy Coliny. Tak zawodnicy, jak i sztab mają przed sobą jeszcze sporo pracy, aby wszystkim nam udowodnić, że są właściwymi osobami na właściwych miejscach, za co cholernie mocno trzymam kciuki.

Mam też świadomość, że gdyby piłkarscy bogowie nieco przychylniej patrzyli na Zagłębie na początku tego sezonu, zupełnie inny odbiór miałyby niektóre wydarzenia, bo gdy sportowo wszystko jakoś się spina, można nieco mocniej zacisnąć zęby w trudniejszych momentach, by okazać wsparcie drużynie jako całości.

Tyle tylko, że od dłuższego już czasu mam coraz większą pewność, że jako klub zatoczyliśmy właśnie koło. Błędne koło, które zawsze sprowadza nas na skraj, w którym nasze istnienie na najwyższym poziomie rozgrywkowym zaczyna być publicznie kwestionowane. Kwestionowane nawet pomimo faktów, że jako piłkarski ośrodek jesteśmy jednym z ważniejszych punktów „produkcji” piłkarzy na rynek krajowy i nie tylko.

W kółko bowiem potykamy się dokładnie na tym samym schodku, by ponownie być zdziwionym, że z hukiem runęliśmy na ziemię. Kolejni ludzie wchodzący do klubu wydają się bowiem wierzyć, że w pojedynkę są w stanie ten klub nieść na barkach do przodu i jeszcze mieć zapas sił, aby go rozwijać. Gdy jednak kolejne długie wieczory spędzone w klubie zaczynają przytłaczać, staje się jasne, że kwestią czasu jest to, że zrobi się to za ciężkie. Dziś Zagłębie jest w sytuacji, w której tak wiele rzeczy wymaga uwagi, a tak niewiele osób ma na to siły i środki, że zwyczajnie na każdy odcinku zaczynamy przegrywać.

Sztab szyje z tego, co ma do dyspozycji tak, by punkty w jakimkolwiek stylu jednak zdobywać, bo ich brak oznacza tylko jedno. Komunikacyjnie wróciliśmy do czasów, gdy większość informacji kibice zdobywać muszą od wszelkiej maści „insajderów”. Zarząd właśnie uznał, że zatrudniony ledwie rok temu dyrektor sportowy nie ma już nic do zaoferowania klubowi, więc dalsza współpraca nie ma już racji bytu, a z dobrze poinformowanych źródeł słychać, że brak informacji o zapowiadanych już dawno temu inwestycjach jest spowodowany faktem, że zabezpieczone na nie środki, stały się łakomym kąskiem na bieżącą działalność.

I wiecie co. Mam cholerne wrażenie, że już to kiedyś widziałem. Czyżby kolejne błędne deja vu?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *