Robert Stachurski

Robert Stachurski ur. 16.10.1970 w Pińczowie. Wychowanek Nidy Pińczów, który przez Zagłębie Sosnowiec trafił do naszej lubińskiej drużyny. Grał również w Lechu Poznań, S.C. Verl, Ruchu Chorzów, Tasmania 1973 Neukölln, Polarze Wrocław, Miedzi Legnica, FSV Optik Rathenow oraz na zakończenie kariery – jako grający trener – we Włókniarzu Mirsk. Po zawieszeniu butów na kołku rozpoczął przygodę trenerską. Prowadził drużyny 3 i 4 ligi: Nidę Pińczów, Piaskowiankę Piaski, Naprzód Jędrzejów, Partyzanta Radoszyce, Łysicę Bodzentyn oraz Lubrzankę Kajetanów.

Robert Stachurski wraz z żoną
Robert Stachurski z żoną

Jak rozpoczął Pan swoją przygodę z piłką nożną?

Można powiedzieć, że zaczęła się już od szkoły podstawowej. Brałem wówczas udział w treningach piłki nożnej przy Szkole Podstawowej nr 1 w Pińczowie. Nauczycielem, wychowawcą i trenerem był wtedy były zawodnik Nidy Pińczów – śp. Zdzisław Staszowski. Osiągnęliśmy mały sukces, zajmując drugie miejsce w województwie świętokrzyskim szkół podstawowych w Pińczowie.

Po tym sukcesie kilkoma zawodnikami, w tym moją osobą, zainteresowała się Nida Pińczów. Trafiłem do klubu jako dwunastolatek. Moim pierwszym trenerem w Nidzie Pińczów był Pan Boduszek, który wcześniej trenował mojego ojca w trzeciej lidze, w której grała Nida Pińczów.

Jak trafił Pan do Zagłębia Sosnowiec?

Po ukończeniu szkoły podstawowej wyposażony w bagaż marzeń o kontynuowaniu mojego rozwoju sportowego poszedłem do szkoły w Sosnowcu – Liceum Techniczne na Zagórzu. Zamieszkałem w Internacie. Oczywiście zgłosiłem się na trening juniorów Zagłębia Sosnowiec (jakby mogło być inaczej). Miałem pecha, bo w tym czasie mój rocznik przebywał na obozie, a do starszych juniorów nie było zapisów.

Długo czekając na zapisy, traciłem już nadzieję, że trafię do klubu piłkarskiego. Po namowie kolegi wylądowałem na treningu bokserskim u mistrza boksu Henryka Średnickiego. Pan Henryk zauważył u mnie smykałkę do boksu i bardzo namawiał mnie, abym na poważnie zaczął karierę.

Jednak po trzech tygodniach udało mi się dostać do sekcji piłkarskiej i zostałem zaproszony na próbny sparing przeciwko juniorom starszym. W tym sparingu strzeliłem dwie bramki i tym samym zostałem przyjęty do klubu. Na początku w juniorach Zagłębia na mój rozwój piłkarski wpływ miał świetny piłkarz – Wojciech Rudy, późniejszy sędzia Ekstraklasy.

Rozpoczynając mecze na wiosnę z Zagłębiem Sosnowiec, w juniorach młodszych zostałem królem strzelców Ligi Juniorów Śląsk-Zagłębie. Od tego momentu moja przygoda z piłką nabrała tempa. Zostałem powołany do Reprezentacji Śląska. Było to dla mnie wielkie wyróżnienie i zaszczyt. Z Reprezentacją Śląska zająłem trzecie miejsce w mistrzostwach Polski.

Po tym sukcesie dostałem powołanie do pierwszej drużyny Zagłębia Sosnowiec oraz do Reprezentacji Polski Juniorów do lat 16. Następnie zostałem powołany do kadry olimpijskiej Polski. Niestety kontuzja nie pozwoliła mi pojechać na Olimpiadę.

W Zagłębiu trenerem był wówczas Józef Gałeczka. Świetny piłkarz. Poza nim, w Sosnowcu prowadzili mnie trenerzy, którzy byli wicemistrzami Polski i zdobywcami Pucharu Polski z Zagłębiem Sosnowiec. Świetni piłkarze. Nie będę tutaj wymieniał wszystkich, aby po prostu nie pominąć żadnego z tych wspaniałych ludzi i zawodników.

Robert Stachurski
Robert Stachurski w barwach Zagłębia Lubin

Jak doszło do zamiany Zagłębia z Sosnowca na to lubińskie?

Moja kariera rozwijała się, jak należy. Miałem 19 lat, byłem etatowym reprezentantem Polski do lat 16 i 18. Zagłębie Sosnowiec borykało się z bardzo wielkimi trudnościami finansowymi. Trenerzy z reprezentacji namawiali mnie i radzili, abym zmienił klub. Lepszy klub dawał możliwości rozwoju i gwarancję braku pomijania przez trenerów przy powołaniach do reprezentacji.

O przymiarkach Zagłębia Lubin do mojej osoby dowiedziałem się w ciekawych okolicznościach. Andrzeja Wójcik, piłkarz Zagłębia Lubin.  podczas meczu w Sosnowcu – przegranym 2:0 wspomniał mi o tym. Wówczas nie wierzyłem Andrzejowi, myślałem, że jest to trik starego wyjadacza, który chciał mnie rozproszyć, abym za bardzo go nie zmuszał do wysiłku.

Jednak po trzech tygodniach zapukał do moich hotelowych drzwi nie kto inny jak sam pan Jerzy Koziński. Byłem oszołomiony. Nie mogłem uwierzyć, że klubowy Mistrz Polski interesuje się moją osobą. Z panem Kozińskim negocjacje w klubie, jak i ze mną trwały 20 min. Po letnim urlopie byłem już w lubińskim Zagłębiu i brałem udział w meczach Pucharu Intertoto.

Wiem, że bardzo wielki wpływ na moje przejście do Zagłębia Lubin miał śp. Zygmunt Stanowski. Wpadłem mu w oko w kilku meczach, które obserwował i wydał o mnie pozytywną opinię, przyczyniając się do mojego transferu do Zagłębia Lubin.

Co mówi Panu data 26 września 1992? Wiążą się z tym dwa historyczne momenty. Jeden dotyczy Pana osoby.

Mecz derbowy ze Śląskiem Wrocław. W tym dniu wychodziło nam praktycznie wszystko. Przeciwnik był bezradny. Przeszliśmy po drużynie Śląska Wrocław jak huragan. Strzeliłem w tym meczu gola, który zapisał się w historii klubu jako 200 bramka.

Chyba miałem szczęście do zapisywania się w historii klubów, bo w późniejszym czasie zapisałem się również w innym utytułowanym klubie, którym był Ruch Chorzów.

Robert Stachurski wraz z drużyną Zagłębia Lubin
Robert Stachurski w drużynie Zagłębia Lubin

Która z 4 bramek strzelonych dla Zagłębia Lubin miała dla Pana największe znaczenie?

W Zagłębiu cieszyłem się z każdej strzelonej bramki. Każda miała dla mnie wielką wartość. Powodem tego był fakt, że w Zagłębiu Sosnowiec grałem jako napastnik, a w Zagłębiu Lubin przekwalifikowano mnie na bocznego pomocnika. Boczny pomocnik raczej wypracowuje sytuacje dla kolegów z przodu. Dlatego bardzo cieszył mnie każdy zdobyty gol.

Jak wspomina Pan mecze w pucharach europejskich w barwach Zagłębia Lubin?

Wystąpiłem tylko w jednym meczu i to jeszcze z ukrytą kontuzją. Nie przyznałem się, że mam zerwaną torebkę stawową w kostce, tak bardzo chciałem grać. Jednak był to wielki błąd.

Odpadliśmy w dwumeczu z Broendby Kopenhaga. Do meczu z duńską drużyną, przygotowywaliśmy się bardzo solidnie. Mieliśmy zapewnione zgrupowanie na tydzień przed meczem. Jednak w tamtym czasie nie mieliśmy tak dobrze rozpracowanego przeciwnika, jak to się robi obecnie.

Uważam, że byli do pokonania. Myślę, że nasz zespół podszedł do tego meczu za bardzo sparaliżowany. Graliśmy na małym stadionie, bardzo akustycznym. Duńscy kibice bardzo mocno kibicowali i wspierali swoją drużynę. Piłka duńska była w tym czasie na topie. Mistrzowie Europy jeśli się nie mylę.

Robert Stachurski wraz z drużyną Zagłębia Lubin podczas Superpucharu Polski rozgrywanego we Włocławku w 1991 r.
Robert Stachurski wraz z drużyną Zagłębia Lubin podczas Superpucharu Polski rozgrywanego we Włocławku w 1991 r.

Z którymi zawodnikami Zagłębia Lubin utrzymywał Pan kontakty poza boiskiem?

Częsty kontakt utrzymywałem ze Sławkiem Majakiem (tutaj), Jędrzejem Kędziorą (tutaj), Radkiem Jasińskim (tutaj). Mieszkaliśmy razem w jednym bloku, byliśmy na siebie skazani.

Wypożyczenie do Lecha Poznań. Dlaczego do niego doszło?

Mój organizm był bardzo przeciążony, trapiły mnie kontuzje, a w klubie krążyła opinia, że jestem wypalony. Wówczas poprosiłem o pomoc trenera Ryszarda Szukiełowicza, który chciał mnie ściągnąć wcześniej do Śląska Wrocław. Pan Szukiełowicz podał mi pomocną dłoń i zacząłem powoli odradzać się z cienia zawodnika. Wracała mi wiara w moje siły. Nawet w Pucharze Polski strzeliłem jedną bramkę.

Zagłębie widząc, że wracam do formy, nie wyraziło zgody na dalsze wypożyczenie. Musiałem niestety wrócić do Lubina, ponieważ trener Wojno mocno na mnie liczył. Jednak pech nie odpuszczał i zaraziłem się ospą, która rozłożyła mnie na łopatki. Dwa miesiące bez piłki i bez okresu przygotowawczego. Osobiście dla mnie to była katastrofa.

Transfer do Niemiec. Dlaczego wybrał Pan ofertę z SC Verl 1924? Czy były inne możliwości transferu?

Oferta z Niemiec z S.C. Verl była bardzo atrakcyjna pod względem sportowym i finansowym. Nie grając w pierwszym zespole Zagłębia Lubin, niestety nie zarabiałem, a na utrzymaniu miałem rodzinę. Długo się nie zastanawiałem i nie żałuję tej decyzji.

Do niemieckiego klubu przeszliśmy w trójkę z Darkiem Baziukiem i Darkiem Kurzeją. Były to naprawdę bardzo fajne dwa lata. Na obozy lataliśmy na Teneryfę, Majorkę czy trenowaliśmy w najlepszych ośrodkach sportowych w Holandii. Mieliśmy bardzo bogatego prywatnego sponsora klubu, który był fanatykiem futbolu. Niestety, nie udało nam się zrealizować planu i awansować do drugiej Bundesligi. Nasze zarobki były wyższe w trzeciej lidze niemieckiej niż w pierwszej lidze polskiej. Takie były to czasy i realia.

Powrót do Polski i gra w Ruchu Chorzów. Dlaczego wrócił Pan do kraju i skorzystał z możliwości gry w Ruchu?

Po zakończeniu kontraktu – przez brak wykonania planu – w SC Verl nie przedłużono z nami umów. Wróciłem do kraju. Blisko domu był Ruch Chorzów. Na temat Ruchu mogę powiedzieć tyle, że grając w paru meczach, zapisałem się w historii tego klubu, strzelając 1500 bramkę, a tego samego dnia urodziła mi się córeczka Karolinka. Było jeszcze coś trzeciego, ale musiałbym zerknąć do Encyklopedii.

Kolejna próba zawojowania Niemiec. Co przekonało Pana do wyboru Tasmanii Neukoeln i FSV Optik Ratnenow? Kolejne powroty do Polski i próby odbudowania się w Polarze Wrocław, Miedzi Legnica i Zagłębiu Sosnowiec.

Powyższe pytania raczej chciałbym przemilczeć. Była to już końcówka mojej przygody z piłką. Koniec kariery sportowej zmienia bardzo dużo w życiu sportowca i ma bardzo duży wpływ na tożsamość człowieka. Ja nie byłem do tego przygotowany. Cały czas łudziłem się, że jeszcze coś osiągnę w piłce. Stracony czas.

Jak rozpoczął Pan swoją trenerską przygodę? Który trener był dla Pana wzorem do naśladowania?

Rozpoczynając karierę trenerską, zwróciłem się o pomoc do psychologa sportowego na AWF Katowice z zapytaniem „Co mi poradzi, aby być dobrym trenerem, bo zaczynam i jestem zagubiony”.

Pan Doktor spojrzał zdziwionym wzrokiem na mnie i zapytał:

Pod iloma trenerami pracowałeś jako piłkarz?

Bardzo wielu trenerów przewinęło się w mojej karierze.

To Ty Robert masz bardzo duże doświadczenie! Zbierz wszystkich trenerów, odrzuć to, co wykonywali źle Twoim zdaniem i zostaw to, co robili dobrze. Masz gotowy obraz doskonałego trenera.

Włókniarz Mirsk. Dlaczego wybrał Pan akurat ten klub na zakończenie kariery? Proszę omówić jakie drużyny Pan prowadził?

Zainteresowała mnie ciekawa propozycja pana Michała Leonowicza, który zaproponował mi stanowisko grającego trenera. Można powiedzieć, że był to koniec przygody z piłką, a rozpoczęcie przygody trenerskiej. Jakimś cudem po zajęciu pierwszego miejsca na półmetku rozgrywek zostałem z etatu trenera zwolniony.

Bardzo miło wspominam początki pracy jako trener. Była naprawdę super atmosfera i bardzo dobry zespół. Jednak cały czas iskrzyło między mną i działaczami klubu. Mirsk zajął bodajże 6 miejsce na zakończenie sezonu. W międzyczasie ukończyłem Szkołę Trenerów w Katowicach i uzyskałem tytuł trenera drugiej klasy, a w późniejszym czasie zdobyłem tytuł trenera pierwszej klasy piłki nożnej w Katowicach. Moim promotorem był Trener Antoni Piechniczek. Naprawdę wielkie przeżycie.

Po Włókniarzu otrzymałem propozycję z Nidy Pińczów. Podobna sytuacja. Gdy obejmowałem funkcje trenera, to drużyna grała w trzeciej lidze z przesądzonym spadkiem. Po rozpoczęciu okresu przygotowawczego na trening stawiło się trzech piłkarzy. Drużyna zdekompletowana i rozbita, a w klubie brakowało finansów na wszystko. Na półmetku zajęliśmy pierwsze miejsce. Miałem swoje zdanie na ten temat i twierdziłem, że nic na siłę. Pożegnałem się z hasłem, że „Nikt nie jest prorokiem w swoim kraju”.

Największy sukces jako trener osiągnąłem z ościennym rywalem Nidy Pińczów, czyli Naprzodem Jędrzejów. Awansowaliśmy do trzeciej ligi po 25 latach. Zdobyliśmy Puchar Polski na szczeblu Województwa świętokrzyskiego. W Pucharze Polski, dopiero po karnych odpadliśmy z Legią Warszawa po przegranej w karnych.

Wspaniały klub, wspaniali kibice, wspaniali piłkarze oraz wspaniali działacze m. in. pan Henryk Wojda oraz pan Arkadiusz Fendrych. Takie chwile zapisują się w pamięci do końca życia. Do dnia dzisiejszego przechadzając się po ulicach Jędrzejowa, jestem ciepło i serdecznie pozdrawiany. Jest to bardzo miłe, że ludzie pamiętają moją osobę.

Robert Stachurski wraz z córkami Patrycją i Karoliną
Robert Stachurski wraz z córkami Patrycją i Karoliną

Czym obecnie się Pan zajmuje?

Jestem z tą samą żoną od 29 lat (śmiech) – dobrze, że tego nie słyszy. Mamy dwie piękne córki. Starsza Patrycja wyszła za mąż, młodsza Karolina jest po zaręczynach. Aktualnie mieszkamy z małżonką w Niemczech.

Pracuję w niemiecko-polskiej firmie XERVON. Firma działa w branży renowacji Rafinerii i Elektrowni. Pracuję na stanowisku Kierownika ds. termoizolacji i robót rusztowaniowych. Każdy mój dzień pracy jest jak walka o wynik na boisku piłkarskim. W pracy tworzymy bardzo fajny zespół, ale pierwszy raz w mojej karierze moim „trenerem” jest kobieta.

Robert Stachurski w nowym zawodzie - XERVON Spółka z o. o.
Robert Stachurski w nowym zawodzie – XERVON Spółka z o. o.

Post scriptum

Korzystając z okazji, chciałbym pozdrowić wszystkich znajomych, kolegów, działaczy, trenerów oraz oczywiście wszystkich sympatyków Zagłębia Lubin.

Muszę powiedzieć, że jest to jedyny klub, w którym grałem, a który zapisał się w moim sercu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

P