Eugeniusz Ptak

Eugeniusz Ptak, czyli popularny „Gienek” urodził się 1 października 1960 r. w Marchwaczu. Karierę juniorską rozpoczynał w wieku 17 lat we Włókniarzu Kalisz, po roku grał już w trzecioligowej, seniorskiej drużynie Włókniarza. Po dwóch latach spędzonych w Kaliszu kontynuował grę w Lechii Piechowice. Sezon w Lechii Piechowice był bardzo udany i zaczęły się nim interesować kluby z pierwszej ligi. Był na testach w Lechu Poznań i Odrze Opole, ale po przyjściu do Lechii Piechowice trenera Zbigniewa Bani, przyszły teść Eugeniusza Ptaka, pozostał jeszcze przez rok w trzecioligowej Lechii. Grał również w takich klubach jak: Śląsk Wrocław, Zagłębie Wałbrzych, Miedź Legnica oraz w klubach cypryjskich i niemieckich.

Eugeniusz Ptak w Lechii Piechowice na początku kariery sportowej za trenera Zbigniewa Bani
Eugeniusz Ptak w Lechii Piechowice na początku kariery sportowej za trenera Zbigniewa Bani

Jak trafił Pan do Zagłębia i czy były w tym czasie jeszcze inne oferty?

O tym, że znalazłem się w Zagłębiu, zdecydowała moja żona z ówczesnym prezesem klubu i dyrektorem naczelnym Kombinatu Witoldem Parchimowiczem.

Oczywiście nie do końca, ale historia była niczym z filmu sensacyjnego. Ja wówczas od pół roku byłem zawodnikiem drugoligowego Zagłębia Wałbrzych. Było to bardzo udane półrocze dla tej drużyny i dla mnie. Gdy przyszedłem do Wałbrzycha byli w strefie spadkowej. Po pół roku gry drużyna wywindowała się na trzecie miejsce w tabeli, a ja zajmowałem drugie miejsce w klasyfikacji króla strzelców Il ligi grupy południowej. Zawodnicy bramkostrzelni to zawsze “towar” deficytowy to też nie ukrywam, że było bardzo duże zainteresowanie moją osobą klubów pierwszoligowych.

Zdecydowałem się na Motor Lublin i pojechałem z nimi na obóz przygotowawczy. W tym czasie gdy ja byłem już jedną nogą w Motorze, działacze Zagłębia Lubin skontaktowali się z moją żoną. Gdy dowiedzieli się, jaka jest sytuacja, natychmiast specjalni wysłannicy Zagłębia pojawili się na zgrupowaniu Motoru i w wielkiej konspiracji próbowali porozmawiać ze mną. Motor podejrzewał, że coś zaczyna się dziać i  podwoili czujność. Zostali jednak wyprowadzeni w pole i doszło do rozmów.

Zagłębie Wałbrzych również nie chciało się mnie pozbyć, a Motorowi bardzo zależało na zatrzymaniu mnie u siebie, do tego stopnia, że jak już zacząłem funkcjonować w Lubinie, to nadal przyjeżdżali działacze Motoru i namawiali mnie usilnie na przejście do nich. Zdecydowaliśmy jednak swoje życie związać z młodym, perspektywicznie rozwijającym się w szybkim tempie Lubinem, a co za tym idzie z Zagłębiem Lubin. Nadal nie była to jednak prosta sprawa, ponieważ w dalszym ciągu obowiązywała mnie umowa z Wałbrzychem. Jednak ówcześni działacze Lubina wraz z trenerem zdecydowali, że bez względu na konsekwencje chcą, abym został ich zawodnikiem. W efekcie zostałem przez PZPN zawieszony na rok.

Nie był to łatwy okres dla mnie. Nie raz zastanawiałem się, po co mi to było, ale na szczęście po pół roku skrócono moją karencję i mogłem już oficjalnie występować w barwach miedziowych. Muszę powiedzieć, że z perspektywy czasu nie żałuje mojej decyzji, chociaż te pół roku było wyjęte z mojego piłkarskiego życiorysu. Jednym z argumentów, które zadecydowały za tym, że wybrałem Zagłębie, była duża perspektywa rozwojowa regionu, miasta i klubu.

Na ówczesne czasy dla młodych pracowitych ludzi to było Eldorado. Praca dobrze płatna na kopalni, specjalne sklepy dla górników z tym wszystkim, czego normalnie w sklepie człowiek nie kupił. Olbrzymi bum w budownictwie mieszkaniowym Zagłębia Miedziowego. Regionu w Polsce, który był nieco niedoceniony, ale dzięki ludziom z wielką pasją robiono wszystko, aby w jak najszybszym czasie dorównać do tych najlepszych.

Eugeniusz Ptak w barwach ZL kolor
Eugeniusz Ptak w czasie meczu Zagłębia Lubin

Jak ocenia Pan organizację klubu w czasie swojego pobytu w Lubinie? 

To samo dotyczyło sportu. Piłka nożna to było i jest oczko w głowie większości społeczeństwa. Dlatego były przeznaczone ogromne środki na rozbudowę bazy sportowej i treningowej. Plany i makiety budowy ośrodka sportowego najlepszego i najnowocześniejszego w kraju. Ówczesny prezes klubu, a zarazem dyrektor naczelny kombinatu Witold Parchimowicz był olbrzymim pasjonatem piłki i swą pasją do piłki zarażał wszystkich.

Jeśli chodzi o organizacje klubu to na tamtejsze czasy to była na najwyższym możliwym poziomie. Działacze starali się o zorganizowanie naszego sportowego, rodzinnego i prywatnego życia na najlepszym poziomie. Obozy szkoleniowe, rehabilitacyjne, baza sportowo-treningowa i medyczno-rehabilitacyjna, wszystko na ówczesne czasy sam top. Nie zapominano o rodzinach zawodników, latem nad morzem w Kołobrzegu, a zimą wyjazd w góry do Kudowy Zdrój.

Jak wyglądało życie w tym mieście? Czy rozwijające się w tym czasie miasto pozwalało na normalne funkcjonowanie?

Jeśli chodzi o życie w mieście, to żyło się OK. Jasna rzecz, że była duża rozpoznawalność, ale nie przeszkadzało to w normalnym codziennym funkcjonowaniu. Było sympatycznie gdy szło się do warzywniaka, a Pani Grażynka była uśmiechnięta i gratulowała zwycięskiego meczu i zdobytej bramki, czy też sąsiad z klatki Stasiu rzucił jakimś dowcipem i opowiadał o odgłosach z kopalni po przegranym, czy wygranym meczu.

Jednak gros czasu przebywało się na obozach przygotowawczych, zgrupowaniach przed meczowych gdzie od czwartku byliśmy już na nie “wywożeni”. Później doszły jeszcze zgrupowania reprezentacyjne. Dla przykładu i jako ciekawostkę podam, że któregoś roku w czasie pobytu w Zagłębiu łącznie trzy miesiące byłem w domu z rodziną, a resztę czasu spędziłem poza domem na obozach, zgrupowaniach itp.

Jak wyglądały obozy przygotowawcze i z kim dzielił Pan pokój?

Obozy przygotowawcze? Od rana do wieczora treningi, czasami trzy razy dziennie. W początkowym okresie pokój na obozach dzieliłem ze śp. Sławkiem Kurantem, a później pod swoje skrzydła wziąłem Marka Godlewskiego.

Czy pamięta Pan zagraniczne obozy lub sparingi z zagranicznymi drużynami?

To przede wszystkim drużyny byłego NRD. Do dzisiaj czuje ból głowy. Te piłki niemieckie były jakieś takie wielkie i twarde jak kamień, a że często i chętnie grałem głową, jak Andrzej Szarmach, na którym się wzorowałem, to miałem często możliwość i wątpliwą przyjemność spotykać się w pojedynkach główkowych z tym nieszczęsnym “ballem” (chodzi o piłkę).

Eugeniusz Ptak wzorował się na Szarmachu
Eugeniusz Ptak w grze głową wzorował się na Andrzeju Szarmachu

Przeciwko jakiemu obrońcy w naszej lidze grało się Panu najtrudniej?

No cóż, obrońca, o którego Pan pyta, to po głębokim namyśle był to Przybyś z Widzewa Łódź, chociaż każdego z moich przeciwników szanowałem i czułem przed każdym respekt.

Eugeniusz Ptak z Przybysiem
Eugeniusz Ptak pilnowany przez Kazimierza Przybysia z Widzewa

Jakie emocje towarzyszyły Panu podczas debiutanckiego meczu Zagłębia Lubin w I lidze?

Tutaj chyba rozczaruje, ale dla mnie każdy mecz – nie zależnie od ligi, rangi – traktowałem jako rzecz dla mnie najważniejsza. Maksimum umiejętności zaangażowania i serca. Dla mnie gra w piłkę to była przyjemność, wielka sprawa i może zabrzmi pompatycznie, ale swego rodzaju honor. Wyznaje do dzisiaj zasadę, że jak już coś robię to na maksa.

Oprócz ogromnej satysfakcji, że wygraliśmy ten inauguracyjny mecz to mam dwie niezaprzeczalne pamiątki. Pierwszą bramkę w historii klubu w rozgrywkach pierwszoligowych i… złamany nos, który do dnia dzisiejszego pokazuje córce i synowi.

Eugeniusz Ptak w meczu z GKS Katowice
Eugeniusz Ptak zdobywa zwycięską i pierwszą bramkę dla Zagłębia w pierwszej lidze w meczu z GKS Katowice

Jak wspomina Pan zabiegi w sanatorium podczas okresu roztrenowania się?

Na pytanie odnośnie zabiegów sanatoryjnych, to najlepiej poinformowaną osobą w tym temacie jest Daniel Dyluś (tutaj). Na czym polegały zabiegi? Na zrelaksowaniu ciała i duszy po sezonie, a co za tym się kryje, to sądzę, że Daniel uchylił rąbka tajemnicy.

Jaka atmosfera panowała w szatni i jak Pan traktował nowych, młodych zawodników dołączających do drużyny?

Jeśli chodzi o atmosferę w szatni to zwykle rodzinna i przyjacielska. Chociaż wiadomo, że wyniki miały na nią duży wpływ. Było też coś takiego jak “trening wyrównawczy” np. za trenera Szerszenowicza. Cała drużyna spotykała się w plenerze przy ognisku i każdy mógł bez ogródek wypowiedzieć się co mu leży na wątrobie. Rzecz jasna nie były to spotkania w szkółce żeńskiej, katolickiej z pełnym szacunkiem dla tej instytucji. Były to twarde męskie rozmowy, ale najważniejsze było to, że skutek był piorunujący.

Przykładem może być spotkanie drużyny po meczu w Wodzisławiu za trenera Stanisława Świerka. Po tym spotkaniu było pięć lub sześć meczów bez porażki. Szanse miał każdy, mówię tutaj o młodych i nowych zawodnikach. Właściwie nie było w drużynie hierarchii. W moim odczuciu nie było żadnej fali, ale to moje zdanie.

Chyba należałoby zapytać na ten temat właśnie tych piłkarzy, którzy dochodzili jako młodzi i nowi. Ja tylko mogę powiedzieć, że nie miałem nigdy konfliktów z Zejerem, Szewczykiem (tutaj), Dylusiem, Marcinem Cilińskim czy Godlewskim, który wraz z rodziną stał się przyjacielem mojej rodziny. W temacie zgrania drużyny czy też konsolidacji to mogę powiedzieć, że życzę każdej obecnej drużynie, aby wszyscy żyli wraz z rodzinami w takiej atmosferze.

Eugeniusz Ptak z drużyną ZL
Eugeniusz Ptak z drużyną Zagłębia Lubin

Gdyby miał Pan szansę zmienić coś w swojej karierze, to co to by było?

W tym temacie nie będę nad wyraz interesujący. Otóż nic. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że osiągnąłem na tamte czasy wszystko, co było możliwe do osiągnięcia. Po kolejnych szczeblach kariery piąłem się do góry. Rozpocząłem swoją przygodę z piłką stosunkowo późno, bo dopiero w wielu 17 lat. Wcześniej próbowałem swoich sił w grze w piłkę ręczną, ale ostatecznie pozostałem przy kopanej.

3 liga, 2 liga wywalczona z drużyną. Dwukrotnie pierwsza liga. Zostałem wyróżniony i moja gra została doceniona, gdy dostałem powołanie do reprezentacji polski drużyn młodzieżowych, jako jeden z dwóch starszych zawodników. Muszę nadmienić, że byłem wówczas pierwszym zawodnikiem w historii klubu oraz w historii OZPN Legnica i z regionu miedziowego, który został powołany do reprezentacji kraju. Rozegrałem co prawda tylko jeden mecz z Grecją, ale wygraliśmy 1:0 dzięki mojej bramce.

 Czy miał Pan szansę zagrać w Reprezentacji? Czego zabrakło?

Próbowałem nadal doskonalić swoje rzemiosło i nie pozostało to bez echa. Przyszło powołanie do reprezentacji olimpijskiej. Wraz z Krzyśkiem Koszarskim próbowaliśmy godnie reprezentować Zagłębie. W reprezentacji olimpijskiej rozegrałem około 20 spotkań, ale ostatecznie nie udało się drużynie awansować do rozgrywek olimpijskich. Naszym szkoleniowcem był wówczas śp. Zdzisław Podedworny.

No i przyszła ta upragniona chwila powołania do pierwszej reprezentacji kraju. Do szczęścia tak niewiele brakowało. Treningi z drużyną, super atmosfera, sprzęt i wszystko z najwyższej ówczesnej półki, ale niestety zabrakło występu. Widocznie nie byłem wystarczająco dobry czy też nie pasowałem trenerowi do koncepcji. Wszystkie odpowiedzi możliwe. Ja jednak czułem się wyróżniony.

Myślę, że tysiące piłkarzy chciałyby być na moim miejscu. A ja powiem tak: W pierwszej reprezentacji może grać tylko 11 piłkarzy, w szerokiej kadrze może być 23 i ja byłem wśród nich.

Eugeniusz Ptak na obozie w Kamieniu pod Rybnikiem
Eugeniusz Ptak na zgrupowaniu reprezentacyjnym w Kamieniu koło Rybnika

Jak ocenia Pan działaczy z tamtego okresu?

Jak już wcześniej wspomniałem, byli to ludzie, którzy byli piłce oddani do reszty. Począwszy od pana Stanisława Świecha, dzięki któremu w dużej mierze znalazłem się w Zagłębiu, poprzez pana Mieczysława Kulczyckiego, ówczesnego vice prezesa ds. piłki nożnej, a zarazem dyrektora kopalni Rudna oraz kierownika sekcji piłki nożnej z tamtego okresu pana Zdzisława Giernalczyka i wielu wspaniałych ludzi, których przepraszam, że nie wymienię z nazwiska, ale było ich tak wielu, że ciężko teraz po latach wszystkich odtworzyć. A ilu było tych anonimowych…

Wszystkim wielkie dzięki za ich działalność. Nie sposób nie powiedzieć o śp. Zygmuncie Stanowskim, popularnym Zydze, naszym zbawicielu od odnowy i rehabilitacji. Był także byłym znakomitym zawodnikiem Zagłębia. Rzecz jasna nie sposób nie wspomnieć o naszym cudownym kierowcy. Był dobrym duchem drużyny i zawsze był tam, gdzie był potrzebny i ratował nas z wszelkich opresji. Mówię o panu Janie Chrząszczu.

Pana stosunek do kibiców i sytuacje związane z nimi?

Jeśli chodzi o kibiców, to zawsze czułem respekt, szacunek i wierzyłem w to, że gram wraz z drużyną w dużej mierze dla nich. Zawsze było dla mnie ważne, co sądzą. Ich opinia nie była mi obojętna. Bardzo ceniłem sobie ich opinie na temat mojej gry, a także na temat gry całej drużyny. Bo według mojej oceny siła jest w jedności, a jednością musi być drużyna. Nie oznacza to jednak, że nie doznałem, jak smakuje niezadowolenie kibiców.

Były dwa takie incydenty. Raz, ku mojemu zaskoczeniu wychodząc, jak co dzień na trening, zobaczyłem mojego malucha z kupą śmieci na dachu. Widocznie któryś z kibiców rozsierdzony do żywego nie wytrzymał i dał upust swoim emocjom. Kolejnym razem ktoś zdesperowany zadał sobie nie lada wysiłek, rozcierając na przedniej szybie mojego wspomnianego malucha za przeproszeniem gówno. Nie do końca wiem, czy psie, czy spod siebie, ale nie ulega wątpliwości, że był to desperat.

Który trener w Pana całej karierze był najlepszy i co sądzi Pan o trenerach Zagłębia podczas pobytu w Lubinie?

Jeśli chodzi o moją całą karierę, to było trzech trenerów. Pierwszym był mój przyszły teść, Zbigniew Bania, który był moim szkoleniowcem na początku mojej kariery piłkarskiej. Były lewoskrzydłowy Odry Opole z jej najlepszych czasów.

Kolejnym był Stanisław Świerk, którego miedziowi kibice doskonale znają. Trzecim był niemiecki trener Ferner, który był szkoleniowcem Apollonu Limassol, cypryjskiej drużyny, do której byłem wypożyczony po zdobyciu po raz drugi awansu do pierwszej ligi Zagłębia.

Eugeniusz Ptak podczas dekoracji wieńcem laurowym przez owczesnego prezydenta Cypru pana Wasiliju po zdobyciu przez Apollon pierwszego w historii klubu mistrzostwa kraju
Eugeniusz Ptak podczas dekoracji wieńcem laurowym przez ówczesnego prezydenta Cypru pana Wasiliju po zdobyciu przez Apollon pierwszego w historii klubu mistrzostwa kraju

Natomiast jeśli chodzi Panu o szkoleniowców Zagłębia, to Różański był znakomitym teoretykiem i jego wyprawy w góry były niezapomniane. Szerszenowicz praktyk: boisko i boisko. Łysko, praktyka plus teoria, ale nie iskrzyło w drużynie. A trener Stanisław Świerk łączył wszystkie sprawy, teoria z praktyką, respekt z luzem, profesjonalizm z zabawą. Był to człowiek, trener, kolega, przyjaciel, za którym każdy z nas poszedłby bez zastanowienia w ogień i w tym była siła sukcesu.

Dlaczego zdecydował się Pan na powrót do Zagłębia po zagranicznych wojażach?

Po grze na Cyprze to było naturalne, ponieważ mój pobyt tam nie był definitywnym kontraktem, tylko wypożyczeniem. Po wywalczeniu z Zagłębiem w 1989 roku awansu do 1 ligi był zakaz zarządu klubu o jakichkolwiek transferach. Polityka klubu zakładała, że nie rozsprzedajemy drużyny, a ją wzmacniamy i montujemy pakę na ligę. Gdy przyszła oferta z pierwszoligowego cypryjskiego Apollonu Limassol, którego ówczesnym trenerem był późniejszy trener reprezentacji Polski, Jerzy Engel i grali tam wówczas byli reprezentanci kraju Krzysztof Adamczyk, znany również z gry w greckiej Larysie. Ja miałem wymienić Stefana Majewskiego.

Początkowo nie było mowy o wyjeździe, aż zapadła decyzja, że wyjątkowo za zasługi będzie zgoda, ale jedynie na wypożyczenie. Muszę powiedzieć, że chociaż nie uczestniczyłem w zdobyciu wicemistrzostwa i mistrzostwa Polski przez kolegów z Zagłębia to dokładnie w tym samym czasie, co prawda w barwach Apollonu, ale de facto byłem cały czas zawodnikiem Zagłębia, zdobyliśmy również historyczny dla tego klubu w 1991 roku tytuł mistrza Cypru, a rok później tj. w 1992 puchar Cypru.

Gienek Ptak z synem
Eugeniusz Ptak z synem Piotrem po meczu Apollonu Limassol

Równolegle sukcesy są porównywalne w obu klubach. Dopiero po powrocie do Zagłębia i jeszcze półrocznej grze rozstałem się definitywnie z klubem, podpisując kontrakt z niemieckim VFB Oldenburg.

Z kim z drużyny najbliżej się Pan kumplował?

Jeśli chodzi o kumpli w drużynie, to można wyróżnić jakby dwa etapy. Pierwszy gdy walczyliśmy o nasz historyczny, pierwszy awans do ligi to dobrze rozumiałem się z Jurkiem Wichłaczem i Romkiem Mądrachowskim. Spotykaliśmy się również prywatnie, nasze rodziny lubiły się i rozumiały nawzajem. Chociaż tak jak wcześniej wspomniałem, na zgrupowaniach i obozach pokój dzieliłem ze Sławkiem Kurantem. Generalnie starałem się, aby atmosfera w drużynie była przyjazna, bo wszelkie podziały nigdy niczemu dobremu nie służą, a już na pewno nie mają nic wspólnego z konsolidacją drużyny piłkarskiej.

W późniejszym okresie gdy drużynę opuścili kolejno Jurek i Romek dobry kontakt miałem z Krzyśkiem Koszarskim, Romkiem Kujawą oraz z Markiem Godlewskim, z którym dzieliłem pokój w okresie przygotowawczym. Zresztą do dnia dzisiejszego próbujemy w miarę możliwości podtrzymywać te przyjaźnie. Nasze żony praktycznie cały czas są na bieżąco i w kontakcie. Niestety ostatnio pożegnaliśmy Jurka i Romka Mądrachowskiego, ale oni na zawsze pozostaną żywi w moich wspomnieniach.

Eugeniusz Ptak w VfB Oldenburg
Eugeniusz Ptak w VfB Oldenburg

Kto był największym żartownisiem w drużynie?

Żartownisiów w drużynie nie brakowało. Ogólnie panowała bardzo dobra atmosfera. Lubił żartować Godli (Marek Godlewski), ale nie do podrobienia był Daniel Dyluś nazwany przez nas z żoną Farelka. Daniel był naszym naczelnym biznesmenem i dla niego nie było sprawy nie do załatwienia.

Co robi Pan obecnie?

Otóż buty zawiesiłem na kołku w wieku 47 lat, czyli teraz mija dziesięć lat od rozstania się z rolą piłkarza. W sumie 30 lat poświęciłem grze w piłkę. Z Oldenburga wróciłem jeszcze na chwile do kraju i występowałem w barwach Miedzi Legnica, współpracując z trenerem Marianem Putyrą. Trenerem, który wywalczył z Zagłębiem pierwsze historyczne mistrzostwo Polski.

Jednak gdy przyszła kolejna propozycja wyjazdu do Niemiec zdecydowałem, że to będzie mój ostatni wyjazd i tak tez się stało. W FC Rastatt04 grałem 7 lat, zdobywając z drużyną kolejne szczeble klas rozgrywkowych w niemieckiej piłce. Co mogłoby zainteresować kibiców to, że z napastnika przekwalifikowałem się na rasowego stopera. O dziwo dobrze mi szło i nie przeszkodziło nadal zdobywać bramki. Grę głową wykorzystywałem w stałych fragmentach gry, jak również wykonywałem rzuty wolne i rzuty karne.

Eugeniusz Ptak w FC Rastatt04
Eugeniusz Ptak w FC Rastatt04

Jeśli chodzi o drogę sportową to po rozstaniu z rolą piłkarza, długo nie wytrzymałem bez piłki i bliska stała mi się rola szkoleniowca, choć już w wydaniu czysto amatorskim. Trenowałem lokalną drużynę, w której grali chłopcy z Polski, Chorwacji i Turcji.

Od miesiąca jednak rozeszły się nasze drogi i chwilowo odpoczywam od piłki, chociaż nie tak do końca, bo dopinguje mojego syna Piotra, który jak rodzinna tradycja nakazuje, również amatorsko para się trenerką. Nie wykluczone, że za chwile będziemy razem współpracować. I tak już mija 20 lat mojego pobytu w Badenii-Wirtembergii.

Chciałbym jeszcze nadmienić – odnośnie tradycji rodzinnej – że miałem to szczęście zagrać wspólnie z moim synem w jednej drużynie. Piotr zaczynał również przygodę z piłką w naszym Zagłębiu pod okiem Romka Mądrachowskiego. Niestety nieszczęśliwa kontuzja, która przytrafiła się podczas jednego z treningów (zerwanie więzadeł krzyżowych), wyeliminowała Piotra z możliwości uprawiania rodzinnego sportu zawodowo. Dopiero tu w Niemczech zrobiono porządek z kolanem na tyle, że mógł pograć dla siebie. No i mieliśmy to szczęście wspólnie zagrać. To tak w ramach ciekawostki.

Eugeniusz Ptak z synem Piotrem
Eugeniusz Ptak z synem Piotrem

Post scriptum

Na koniec chciałbym podziękować Panu za pamięć i interesujące pytania. Wszystkim kolegom, z którymi miałem przyjemność grać i dzielić losy piłkarza na dobre i na złe. Szkoleniowcom, działaczom, pasjonatom piłki za ich zaangażowanie i poświęcenie dla nas piłkarzy,

Naszym małżonkom, dzieciom i rodziną, że wspierali nas w dobrych, ale i w ciężkich chwilach. Na koniec dziękuje bardzo wszystkim kibicom, którzy przyjeżdżali na nasze mecze z całego regionu, a szczególnie braci górniczej, pod której szyldem występowaliśmy i której nie rzadko nie szczędziliśmy rozczarowania. Mam jednak nadzieję, że tych radosnych chwil było więcej i że zapisaliśmy się w pamięci jako ta drużyna, którą chciało się oglądać, wspierać i kibicować jej na dobre i złe.

Cieszę się bardzo, że mogliśmy wraz z żoną podzielić się niewielką częścią naszych zbiorów oraz dziękujemy za rozmowę.

 Ze sportowym pozdrowieniem “Gieno” Eugeniusz Ptak.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

P